Anglia – Huddersfield

Nigdy wcześniej nie byliśmy w Anglii. Z bagażem mitów, anegdot oraz opowiadań znajomych o tutejszym życiu postawiliśmy swe stopy na płycie lotniska w Manchasterze. Na razie na kilka dni, za parę miesięcy na trochę dłużej.

O Anglii wiedzieliśmy tyle, że kobiety – delikatnie mówiąc – urodą nie grzeszą, pogoda nie rozpieszcza, piwo się leje, ludzie mili no i Polskie mordki na każdym kroku. Czy nasze oczekiwania pokryły się z rzeczywistością? Poniżej krótka relacja i obserwacje antropologiczne z kilku dni pobytu w miasteczku Huddersfield.

blog12 copy

SORRY, TAKI MAMY KLIMAT

Przybywając do Manchesteru tym razem niestety nie mieliśmy możliwości zwiedzania jego włości. Tuż po przylocie udaliśmy się na stację kolejową, aby bezpośrednio dotrzeć do małego miasteczka Huddersfield w którym mieszka nasz znajomy. Z okien pociągu mijaliśmy widoki, które pokryły się z moimi wyobrażeniami „typowo angielskich miasteczek”. Urocze domki, zielone pagórki przedzielone małymi murkami (po co? nikt nie wie.), ratusze, boiska i dobrze zachowane, stare budowle. Wszystko pięknie ładnie, gdyby nie ta cholerna pogoda…

Przybywając tutaj, starym dobrym nawykiem niedowierzania w narzekania innych założyłam sobie, że ludziska na pewno przesadzają z kiepską pogodą w Anglii. Otóż NIE, moi mili pogoda w Anglii jest niczym kobieta – z rana słoneczna, promienna zachęcająca do przebywania ze sobą, po południu – nie wiadomo dlaczego wkurwiona, zła i wietrzna (jakkolwiek to zabrzmi w metaforze :>). Gdyby mogła gadać, na pytanie „Co się stało?” na bank odpowiedziałaby „NIC”. No ale cóż zrobić, pewnych zjawisk nie przeskoczymy i trzeba było zaakceptować rzeczy takimi jakimi są. W związku z tym, po paru godzinach bezskutecznej walki z włosami oddałam zwycięstwo walkowerem – żyły swoim życiem co chwila zasłaniając mi pole widzenia. Jednak pod koniec pobytu niczym szczwany lis związałam wyjściowego kuca i tym samym zremisowałam z wrogiem 1:1.

widok z okna sypialni

widok z okna sypialni

BUDOWNICTWO

Angielskie mieszkania niewątpliwie zwróciły naszą uwagę. Palm niby nie ma, ludzie podobni, klimat ten sam, a jednak człowiek nie czuje się „jak u siebie”. Czego brakuje? Naszych kochanych, pnących się w górę, twardo stojących na rodzimej ziemi blokowisk. W angielskim miasteczku za nic w świecie nie uświadczysz typowych bloków – może znajdą się jakieś pojedyncze niedobitki, ale to bardzo sporadycznie. Głównie przeważają typowe domki jakie znamy z angielskich filmów – ustawione szeregowo, z własnym ogródkiem, nieoddzielone od siebie żadnym ogrodzeniem. Wyglądają uroczo, ale na pewno nie mają nic wspólnego z typowym polskim, murowanym domem. Drzwi wejściowe jak do pokoju, wszystko jakieś takie niestabilne, a przede wszystkim nieszczelne. Zważywszy na pogodę, wydawać się powinno, że Anglicy pójdą po rozum do głowy i zbudują domy w stylu „nie gniotsa nie łamiotsa” a tu guzik – wiatr hula po oknach. No i jak powszechnie wiadomo panuje tu wszędobylska wilgoć, która pozwala na wyhodowanie dorodnych grzybków pod prysznicem.

Jednak mimo powyższych przygód i dziwacznych zjawisk poddałam się zewnętrznemu urokowi wszelakim budowlom. Nie bez powodu Szekspir akurat tutaj miał wenę do napisania Romea i Julii. 🙂

przeogromny dom mieszkalny

przeogromny dom mieszkalny

Ciekawostka: praktycznie w każdym domu są dwa krany: po jednej stronie z zimną, a po drugiej – z ciepłą wodą. Czytałam, że to niezwykle dziwne i upierdliwe zjawisko jest związane z bardzo starym systemem wodociągów. A jak jest na prawdę,kto wie? Skoro Anglicy jeżdżą po lewej stronie to może i chcieli mieć na przekór dwa oddzielne krany.

I’AM ENGLISH

„I don’t drink coffee I take tea my dear
I like my toast done on one side
And you can hear it in my accent when I talk
I’m an Englishman in New York”

Sting wiedział co jest na rzeczy. Myślisz że znasz angielski? Też myśleliśmy – przyjedź do Anglii i zamów kawę. Jeżeli Anglik nie będzie pytał o nic więcej – masz szczęście, jeżeli zapyta czy chcesz z mlekiem może być już gorzej. Oczywiście mówię to pół żartem pół serio, bo jest to kwestia osłuchania się, lecz mimo wszystko przerażenie w oczach było. Warto wiedzieć, że taki akcent nie występuje w całej Anglii – w okolicach Londynu mówią o wiele bardziej zrozumiałym językiem niż w mniejszych miasteczkach typu Huddersfield.

Anglicy uwielbiają obdarowywać kartkami - na każdym kroku znajdziemy "fabrykę kartek" z milionem przeróżnych motywów, wzorów na każdą okazje

Anglicy uwielbiają obdarowywać kartkami – na każdym kroku znajdziemy „fabrykę kartek” z milionem przeróżnych motywów i wzorów na każdą okazje

Z tematu akcentu przejdźmy łagodnie do Anglików i ich podejścia do klimatu oraz życia. Przede wszystkim posiadają zupełnie inną temperaturę ciała niż przeciętny Polak. My: ubrani w kurtki, trzęsący się z zimna, Anglik: krótkie spodenki, zero odzienia wierzchniego, brakuje mu tylko japonek i okularów przeciwsłonecznych. Nie wiem o co biega, ale po stroju stwierdzisz na bank, że masz do czynienia z rodowitym mieszkańcem. Mało tego jakimś magicznym sposobem włosy Angielek nie szaleją jak diabeł tasmański, lecz delikatnie podwiewają na wietrze. Majestic.

How are you? – I’m fine thank you. To powiedzonko zna chyba  każdy i szczerze mówiąc najlepiej oddaje osobowość Anglików. Nie mogę oceniać ich charakterów ponieważ nie miałam okazji zawrzeć bliższej znajomości z miłośnikami „tea time”, lecz bez wątpienia są przeciwieństwem Polaków. Pomocni oraz zawsze uśmiechnięci (tak magia uśmiechu działa!) sprawiają wrażenie niezwykle optymistycznych. Wpadniesz na kogoś? no problemo! przywita Cię z uśmiechem – zero posępności i agresji tak popularnej wśród naszych rodaków. Guzik mnie obchodzi czy jest to szczere czy nie – jeżeli babeczka w sklepie wita mnie z uśmiechem na ustach, zwracając się do mnie „my love” – mój dzień właśnie stał się piękniejszy!

Ciekawostka: Mit z angielskimi kobietami potwierdzony. 😉

uczniowie wracający ze szkoły - obowiązkowo w mundurku

uczniowie wracający ze szkoły – obowiązkowo w mundurku

JEDZENIE I PICIE – CZYLI TO CO TYGRYSKI LUBIĄ NAJBARDZIEJ

Co robiliśmy przez 3 dni pobytu w Huddersfield? Jedliśmy! O boże…jedzenie w Anglii to czysta rozpusta. Z tego co zauważyliśmy ladies and gentelman uwielbiają jedzenie przetworzone, co niestety nie jest zbytnio zdrowe, ale za to jakie smaczne. Tym razem nie skosztowaliśmy typowego „fish and chips” (do odhaczenia następnym razem) lecz za namową znajomego skierowaliśmy się do kuchni indyjskiej. Za niecałe 5 funtów dostaliśmy ogromny talerz z jeszcze większym chlebkiem pita na którym wygodnie leżały kawałeczki kurczaka w przyprawie tikka (bardzo popularna, do kupienia w sklepie). Do tego suróweczka plus dwa ogromne sosy do polewania. O mnom mnom mnom.

chwilka relaksu przy winie

chwilka relaksu przy winie

Sklepy w Anglii są bardzo zbliżone do tych polskich. Jest Tesco i Lidl, wszystkie popularne marki odzieżowe typu H&M, a także Primark w którym znajdziemy ciuchy po 3 funty oraz szał ciał czyli poundlandy posiadające cały towar za funciaka. Co odróżnia angielskie sklepy od polskich? Na pewno szeroki wybór asortymentu oraz jego wielkość. Mieliśmy wrażenie, że wszystko w Anglii jest większe 😉 – paczki, butelki, opakowania czy nawet chleby. Wyróżniająca jest również ilość towarów przetworzonych – na każdym kroku znajdziemy torty, muffinki, ciasta oraz ciepłe dania gotowe do spożycia.

Ciekawostka: w większości sklepów znajdziemy półki z polskimi produktami. Jak miły dla oka na obczyźnie był widok przypraw winiary, kubusia czy też nieśmiertelnego ptasiego mleczka.

No dobra, nie owijajmy w bawełnę – przejdźmy do najistotniejszej kwestii czyli pubów oraz klubów. Jak już wspominałam słowiańskie korzenie robią swoje – Polak nie wielbłąd pić musi. Jednak jak się okazało wielbłąd musi mieć 25 lat, żeby wejść do wodopoju, albo przynajmniej okazać swój dowód ze zdjęciem. Jako, że w Polszy czasy pokazywania ID sprzedawczyni skończyły się bezpowrotnie, przeświadczeni, że bez problemu wejdziemy do pubu nie wzięliśmy ze sobą dowodów. Dupa, pan ochroniarz stoi, dowodu wymaga a dowodu ni ma. Obeszliśmy się ze smakiem i w zacnym gronie obaliliśmy whiskacza w domowych pieleszach.

Do drugiej formy wodopoju – tej bardziej tanecznej nie mieliśmy okazji zajrzeć (do odhaczenia na liście następnym razem) natomiast byliśmy świadkami angielskich, imprezowych korzeni. I w tym punkcie znowu wkracza temat pogody. Jest wieczór, godzina 22.00, pizga nieziemsko, a tymczasem, kobietki w samych sukienkach (rewia mody jest ogromna, nie ma mowy o trampach i koszuli – Angielki uwielbiają się stroić), na 13 centymetrowych obcasach, bez żadnego okrycia wierzchniego czmychają pomiędzy jednym klubem a drugim. Zamarzałam na sam widok. Jedno jest pewne – Huddersfield odżywa nocą.

MIASTECZKO HUDDERSFIELD

Huddersfield jest małym miasteczkiem znajdującym się w hrabstwie West Yorkshire. Liczy sobie ponad 150 tysięcy mieszkańców i na pewno nie jest miejscem typowo turystycznym. Na pierwszy rzut oka nie zachwyca swym wyglądem, lecz po paru chwilach, gdy zagłębimy się w uliczki, pospacerujemy po parku i okolicznych osiedlach kryjących przeogromne, zabytkowe domy (nadal zastanawiam się czy żyje tam jedna rodzina czy kilka) poczujemy angielski klimat. Klimat, który ma w sobie to „coś” nieokreślonego, przyciągającego jak magnes. Jedno wiemy na pewno – Anglia jest przyjaznym miejscem dla przybyszów: grymaśną pogodę wynagradzają przemili ludzie a tuczące jedzenie – długaśne spacery z pięknymi widokami.

I z takim też nastawieniem wyruszyliśmy taksówką o 4 rano, kierując się w stronę dworca kolejowego. Za oknem świecił księżyc a z radia rozbrzmiewały głośne rytmy R&B.

Tak, zdecydowanie polubiliśmy Anglię.

PRZYKŁADOWE KOSZTY WYJAZDU

250zł – bilet w dwie strony (Ryanair)
ok. 20 funtów bilet na pociąg w dwie strony (niestety podróż pociągami w Anglii jest sporym wydatkiem)
5 funtów – porządny obiad w restauracji
za ok. 1 funta na przecenach możemy kupić większość produktów typu żel pod prysznic, soki, chipsy
3,5 funta – taksówka za przejazd z jednej dzielnicy do drugiej. Co ciekawe taksówkarze w Anglii nie liczą za km, a mają ustalone ceny za przejazdy do konkretnych dzielnic
3 funty – za tyle udało mi się kupić bluzkę w Primarku (w Polsce podobna w Galerii kosztowałaby ok. 80zł)

0 thoughts on “Anglia – Huddersfield

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *