Dziękuje, że jesteś…mamo

Miałam może z osiem lat. Stałam w lekko uchylonych drzwiach łazienki podglądając mamę szykującą się do pracy. Właśnie czesała swoje grube, gęste kasztanowe włosy, lekko pofalowane przy końcówkach. Co chwila z pomiędzy kolejnych kosmyków wyłaniały się zadbane paznokcie zanurzone w krwistoczerwonym lakierze. Jeszcze tylko ostatnie pociągnięcia czarnej kredki przy oku i była gotowa do pracy. Głębokie westchnienie i szybka myśl „kiedyś będę taka jak ona”.

10 lat później zaczęłam przekonywać się, że jestem taka jak mama. Długie włosy były dla mnie atrybutem kobiecości, a czerwone paznokcie dopełnieniem eleganckiego stroju. Pomimo jej narzekań, że mój makijaż jest zbyt intensywny, spędzałam długie godziny nad wypracowaniem idealnej, czarnej, kreski nad okiem. Jednak z biegiem czasu coraz bardziej dostrzegam, że nie tylko wizualne podobieństwo jest uderzające, ale również to psychicznie.

Moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką, to bez wątpienia. Kocham ją najbardziej na świecie i nikt inny tak jak ona nie potrafi mnie zirytować. Serio. Medal w tej dziedzinie bez wątpienia dostaje za niesamowity „dar” opowiadania długimi godzinami o zdrowym żywieniu. Do upadłego: leżysz, turlasz się na ziemi i błagasz, żeby przestała ale „no mercy” ona wciąż mówi…i mówi… Mało tego potrafi powtarzać się w nieskończoność. Na pamięć mogę wymienić właściwości odżywcze cynamonu, kurkumy, kaszy jaglanej o soli himalajskiej nawet nie wspominając. A i zapomnijcie o jedzeniu z mikrofalówki – to cichy zabójca.

Jednak to nic przy jej idealnym wyczuciu czasu. Mama zawsze wie kiedy stanąć przed telewizorem i zasłonić najważniejszy moment filmu. Wtedy pada standardowy tekst mojego ojczyma „Marzenko chyba nie jesteś córką szklarza”. Zawsze skutkuje, ale kawałek najistotniejszej sceny właśnie minął bezpowrotnie.

Blondynkowatość. Tak, moja mama jest mistrzem w tej dziedzinie. Potrafi rozwiązywać najtrudniejsze życiowe problemy, lecz od czasu do czasu nadejdzie taki dzień, gdy palnie takim tekstem, że nie wiemy z ojczymem czy mamy śmiać się czy płakać. Geografia, historia i tym podobne obrzydliwe i obślizgłe dziedziny nauki są dla mamy czarną magią w którą woli się nie zagłębiać. Tak jest bezpieczniej, no bo po co komu wiedzieć czy Napoleon był z Grecji czy z Francji.

Ale wiecie co…siedzę sobie tutaj wygodnie w fotelu, piszę te rzeczy i uśmiecham się pod nosem. Dlaczego? A dlatego, że coraz częściej przyłapuje się na truciu Adrianowi głowy, że nie powinien pić tyle coli, a jeść więcej warzyw. Może nie wypracowałam jeszcze taktyki zasłaniana telewizora (bo go nie mamy), ale wielokrotnie przeszkadzam swojemu lubemu akurat wtedy, kiedy jest najbardziej zajęty. I pomimo, że wybucham salwami śmiechu gdy mama palnie coś głupiego, z geografią, matematyką i innymi obślizgłymi dziedzinami również nie mam za wiele wspólnego. Po to jest kalkulator, żeby z niego korzystać, a to czy Oslo jest państwem czy nie to już inna sprawa. Kwestia zdobycia większej ilości punktów w „Państwa i miasta” jest sprawą nadrzędną od prawdy ;).

Tak, z biegiem czasu staję się coraz bardziej podobna do mamy i nie przeszkadza mi to w ogóle (o ile Adrian nie zacznie narzekać na moje gadulstwo). I będąc tu, zagranicą, choć jeszcze dosyć krótko, doszłam do prostego wniosku – nie wyobrażam sobie być z dala od rodziny na dłuższą metę. Właśnie dzisiaj, w tym szczególnym dniu oddałabym wszystko aby posłuchać o jabłku, które jest dobre na trawienie czy też o kurkumie, którą powinnam dodawać do każdej potrawy. Chciałabym aby ktoś zasłonił mi telewizor i palnął jakąś głupotę. Bo to jest właśnie moja mama – potrafi rozpracować facebooka lepiej ode mnie, ale nie potrafi wrzucić na pendriva kilku zdjęć. I za to ją kocham. Dziękuje, że jesteś!

Wszystkiego najlepszego dla wszystkim mam (a w szczególności naszych)!

Kamila i Adrian

0 thoughts on “Dziękuje, że jesteś…mamo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *