Nie taki diabeł straszny jak go malują: Nauki przedmałżeńskie.

W kompletnej ciszy nerwowo krzątamy się po mieszkaniu. Zakładając prawego buta, uderza mnie fala gorąca. „- A jak zapyta czy chodzimy do kościoła?”. Adrian blednie jeszcze bardziej. „-To powiemy, że dopiero co się przeprowadziliśmy i chodziliśmy do innej parafii.” Zakładam drugiego buta, zapinam kurtkę, po czym nerwowo odwracam się do tyłu „- A co jak zapyta czy mieszkamy razem?”. Prawie słyszę jak Adrian przeklina w myślach moją dociekliwość. „Powiemy prawdę, przecież nas nie rozstrzela”. Żart nieudany, który wcale nie uspokoił moich obaw, sprawia, że jeszcze bardziej nie chcę iść na nauki przedmałżeńskie o których słyszałam tyle złego. Przełykając ślinę, wychodzimy z domu.  

10 minut później siedzimy w drewnianej ławie, obserwując kościół w którym – wstyd się przyznać – jesteśmy po raz pierwszy. Obserwuję przepiękne okrągłe sklepienie, ołtarz w którym odbija się przyjemny dla oka blask świec, wdycham aromatyczny zapach kadzideł. W moich myślach krąży tysiąc wątpliwości. Właściwie to jestem zła, że musimy tutaj być – przecież ksiądz nic nie wie o małżeństwie, nie powinien więc wtrącać się w nasze życie a tym bardziej edukować o dniach płodnych i owulacji…Moje rozmyślania przerywa zgrzyt otwieranych drzwi dochodzący z prawej nawy kościoła. Naszym oczom ukazuje się ksiądz w czarnej sutannie, który z uśmiechem na twarzy przechodzi przez całą szerokość świątyni, niezdarnie potykając się o jeden z klęczników. W powietrzu unosi się echo gromkiego śmiechu 24 par, które znajdują się dokładnie w takim samym położeniu jak my. 

Nie było żadnych osobistych pytań, oskarżeń, gróżb, pretensji. Nie było wmawiania, że ksiądz i kościół jest idealny. Nie było nawet zrealizowanych tematów, które widnieją na karteczce z podpisami. Było za to mnóstwo pozytywnej energii, wiedzy, a także dotknięcie tematów, które były wypadkową do naszych dalszych dyskusji przy śniadaniu czy kolacji. 

Nauki przedmałżeńskie nie przygotują w żaden sposób do małżeństwa

Bo nic nie jest w stanie nas do niego przygotować.

Małżeństwo to po prostu życie do którego nie mamy instrukcji czy też wskazówek. Rodzice, szkoła czy też ksiądz nie są w żaden sposób powiedzieć nam co zrobić abyśmy wytrwali ze sobą w zgodzie do końca życia. To co możemy natomiast zrobić to wstąpić w sakrament małżeństwa z pełną świadomością tego co robimy. Że małżeństwo to nie tylko biała suknia, huczne wesele, piękne kwiaty. Że nasza decyzja o ślubie w kościele nie może być spowodowana tradycją bądź pompatycznym wyglądem tego miejsca. Nauki przedmałżeńskie nie przygotowują, a uświadamiają. 

Przyznając się bez bicia, w naszym przypadku nawet nie było rozważań dotyczących wyboru pomiędzy ślubem kościelnym a cywilnym. Nie biorąc innej opcji pod uwagę, decyzja została podjęta automatycznie i naturalnie – a jednocześnie – trochę bezmyślnie. Wychowani w wierze katolickiej, nie wyobrażaliśmy sobie wstąpić w małżeństwo w innym miejscu niż w kościele. Pierwsze, co zyskaliśmy uczęszczając na nauki przedmałżeńskie to świadomość, że ta decyzja nie powinna zostać podjęta automatycznie. Przecież białą suknię mogę założyć również do urzędu stanu cywilnego, a wesele i tak zrobić na 150 osób. Dlaczego więc decydujemy się na przyjęcie sakramentu, a nie po prostu zawarcie związku małżeńskiego? 

To pytanie zadaliśmy sobie po raz pierwszy, właśnie po naukach. Sama forma spotkań jest bardzo prosta – uczęszczamy na 7 nauk, raz w tygodniu, gdzie ksiądz przez godzinę przybliża kwestie takie jak: po co w ogóle są nauki przedmałżeńskie, jak funkcjonuje kościół, co tak na prawdę oznacza przysięga oraz jakie przeszkody mogą pojawić się przed zawarciem związku małżeńskiego. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że wszystko tak na prawdę zależy od prowadzącego. Nasz ksiądz swoją pozytywną energią i ciekawymi tematami, sprawia, że godzina mija nam jak pięć minut, a często po wyjściu z kościoła czujemy wewnętrzny niedosyt. Jednak to właśnie ten moment powrotu do domu jest niezwykle kluczowy – to co usłyszeliśmy przed chwilą, analizujemy między sobą w domowych pieleszach. Pierwszą taką analizą było właśnie zadanie sobie pytania – dlaczego i po co? 

Odpowiedzi nie musieliśmy szukać daleko. Wiara choć do tej pory była trochę obok nas, a nie z nami jest tak mocno zakorzeniona w naszych osobowościach, że nie potrafimy z niej od tak zrezygnować. Nasi rodzice dwadzieścia parę lat temu przynieśli nas do świątyni i ochrzcili, tym samym rozpoczynając naszą drogę jako chrześcijan i jesteśmy pewni na 100%, że chcemy ją kontynuować.  

Po za tą kwestią, uważamy, że przysięga małżeńska w kościele ma ogromną moc – oczywiście jeżeli nie jest wypowiedziana bezmyślnie. Gdy tylko rozłożymy ją na czynniki pierwsze i zastanowimy się nad jej sensem, dochodzimy do wniosku, że zobowiązujemy się do wielu niezwykle trudnych rzeczy, bo przecież obiecujemy:

„ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci”

Warto pamiętać, że według kościoła małżeństwo nie jest zawierane terminowo, a na całe życie. W prawie kościelnym nie istnieje takie pojęcie jak „rozwód”, a jedynie „unieważnienie małżeństwa”, które jest możliwe tylko w kilku przypadkach (np. zatajonej choroby). Zatem nawet jeżeli para decyduje się na rozwód cywilny to mimo wszystko sakrament małżeństwa pozostaje. Uświadomienie sobie tych kwestii powinno zadecydować o wyborze „formy” zawarcia związku małżeńskiego. Jeżeli czujemy, że jesteśmy w stanie podołać tym aspektom i nasza wiara jest na tyle mocna, decyzja jest prosta. Pamiętajmy jednak, że nikt nie może przymusić nas do podjęcia tego wyboru.

photo-1473261912432-55081882c1fbs

Rozważając nad tymi aspektami, w każdym z nas może pojawić się uczucie niepokoju i strachu przed zawarciem małżeństwa, które często pojawia się wśród naszych znajomych. Bo przecież to jest na CAŁE życie – czy damy radę? Czy wytrzymamy? A co jak za 10 lat nam się odmieni? I tutaj wkracza druga kwestia, którą usłyszeliśmy od księdza – lęk przed odpowiedzialnością jest objawem dojrzałości. Takie „czarne” myśli, sprawiają, że podchodzimy do zawarcia małżeństwa dojrzale – z pełną świadomością. Tylko głupiec nie bałby się podjęcia tak ważnej decyzji. Decyzji, która ma wpływ na nasze całe życie i przyszłość. Decyzji, która w oczach kościoła jest nieodwracalna.

Zataczając koło, z uśmiechem na twarzy i lekkim zażenowaniem przypominam sobie swoje obawy przed pierwszymi naukami. Były one kompletnie bezpodstawne, zasłyszane. Po raz kolejny przekonałam się, że warto wyrabiać sobie opinię tylko na podstawie naszych własnych doświadczeń a nie cudzych. Obecnie jesteśmy po czwartym spotkaniu i szczerze mówiąc nie możemy doczekać się kolejnych. Nie traktujemy już nauk przedmałżeńskich jak przeszkody, ale bardziej jak drogę do uświadomienia sobie wszystkich aspektów związanych z naszą wiarą, małżeństwem i tym jakie mamy poglądy na te kwestie. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *