Drugie zderzenie: suknia ślubna

W końcu nadejszła ta wiekopomna chwila. Nadeszły czasy, gdy mogę już bezkarnie szperać po internecie, rozpływając się w bieli materiałów, koronek, welonów i trenów. Czasy, gdy przeglądając te wszystkie cudowności, nie szukam nerwowo prawego górnego iksa w obawie posądzenia mnie o szurnięte marzycielstwo. Wszystko jest moje, a będzie jeszcze mojsze wraz z chwilą, gdy moje ciało zostanie owinięte szlachetnym materiałem z mizernym zdobieniem.

Tak mi się przynajmniej wydawało.

Do czasu….

…przekroczenia progu salonu sukien ślubnych.

Internet vs. rzeczywistość

Nie wiem o co chodzi z tym całym ślubem, ale my to kobiety mamy na jego punkcie niezłego pierdolca. Z góry przepraszam za brzydkie wyrażenie, ale na to co się dzieje z babą po otrzymaniu magicznego pierścienia nie ma subtelnego określenia. To tak jakby serdeczny palec był połączony z głęboko ukrytymi zwojami mózgowi odpowiedzialnymi za przedślubną histerię – wszystko nagle zaczyna się kręcić wokół jednego, a do głowy wpada tysiące (głównie absurdalnych) pomysłów. Nasz przyszły mąż siedzi obok i popijając piwo nie może zrozumieć co się stało z jego słodkim aniołkiem sprzed paru miesięcy.

Wiecie…mnie też dopadło. Na samym początku. Jakoś tak wyszło, że zwoje mózgowe dały sygnał no i bach, poszło jak po maśle „Jaki motyw przewodni! Może tiffany blue? Taki modny ostatnio…nie, nie. A kwiaty?! Jakie kwiaty we wrześniu?? No a tablica dla gości…” I się zaczęło, para buch, koła w ruch. Dawaj lajkujemy wszystko co się da – Ślub na głowie, Sweet Wedding, zdradziecki Pinterest (ale o nim później) aż w końcu Twoja Suknia. Przeglądanie tysiąca, BA! milionów zdjęć. Oczy na zapałki, ale jeszcze jedna strona, może na tej kolejnej jest ta jedyna, ta wymarzona…

Z gorączki przedślubnej na szczęście szybko się wyleczyłam i mój entuzjazm z 90% spadł do zdrowych 30%, aczkolwiek dylemat wyboru sukni ślubnej pozostał. Po przeczesaniu kilometrów Internetu znalazłam kilka sukni, które wpadły w mój gust (choć to nadal nie było TO), ale punkt zaczepienia był. Punkt zaczepienia przepadł jednak, wraz z momentem postawienia stopy w salonie sukien ślubnych. 

W chwili, gdy zobaczyłam pierwszą suknię ślubną, która była tą jedyną na stronie internetowej, dwa razy podpytałam się Pani sprzedawczyni czy to aby na pewno TA suknia. Na wieszaku wyglądała zupełnie inaczej. Ha! Za pewne chcecie wiedzieć co było potem? Potem było jeszcze gorzej – bo ja to nie wysoka, przeraźliwie szczupła modelka, która przykryta milionami warstw tiulu nadal wygląda jak chucherko. Ja to ja i choć nie należę do otyłych osób, w ekspresowym tempie przekonałam się, że mogę zyskać dodatkowych pięć kilogramów zanim zdążę wypowiedzieć „to nie to”.

I w tym momencie potwierdziłam sobie pierwszą radę, którą znajdziecie w każdym „poradniku ślubnym”:

1# „Uświadom sobie, że to co podoba Ci się w Internecie, w rzeczywistości może kompletnie Ci nie pasować.”

Ze swojej strony dodam, że czas spędzony w necie na wyszukiwaniu tej jedynej, był czasem kompletnie straconym. Kiecka ślubna jest tak specyficznym strojem, że po prostu musisz ją przymierzyć. Na wieszaku wygląda cudnie, a na Tobie może prezentować się tragicznie. I oczywiście na odwrót.

Dodatkowo pamiętajmy, że zdjęcia w Internecie są poprawiane w photoshopie, modelka ma zapewne podpinaną suknię aby wyglądała korzystniej, jest lepsze światło i tak dalej i tak dalej. Jednym słowem warto potraktować elektroniczne szukanie tej jedynej z przymrużeniem oka – ot taka, rozrywka przy kawie.

Prawdziwa walka zaczyna się dopiero w realu.

14796246_1303348686363651_640706971_small

Tu się przeszyje, tam doszyje, a tu skróci….

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Jest Franek, który ma potrzebę zakupu używanego samochodu za około 5 kafli. Idzie do komisu i zaczyna zastanawiać się nad wyborem modelu i rocznika. W drugim rzędzie zauważa zadbane Audi, rocznik 1997. Wsiada do samochodu, ogląda, nie jest do końca przekonany. Do Franka podchodzi sprzedawca i zaczyna mówić – „Panie! Efekt końcowy będzie zupełnie inny! Lakier będzie czerwony a nie granatowy, skrzynie biegów możemy wymienić na automat, z tyłu wyjmiemy siedzenia i będzie wersja sportowa, do bagażnika doczepimy spojler, będzie Pan zadowolony!”. Franek drapie się po głowie i zaczyna zastanawiać się czy aby na pewno mówimy o tym samym aucie. Jego wyobraźnia nie działa na tyle, aby wydać 5 tysi zupełnie w ciemno.

I tu dochodzimy do meritum historii, gdyż identyczna sytuacja panuje w salonie sukien ślubnych. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że kobiety muszą decydować się na zakup sukni wartej kilka tysięcy, która:

a) Często nie jest w ich rozmiarze (niektóre były na mnie za małe i Pani sobie z tyłu ją trzymała, a niektóre były za duże, przypinane spinkami). To jest niesamowite, że salony nie operują chociaż trzema podstawowymi wymiarami typu 36, 38, 40.

b) Są za długie i to o kilkanaście a czasem nawet kilkadziesiąt, dobrych centymetrów. Taka sytuacja sprawia, że kompletnie nie wiemy jak suknia będzie się prezentować bez kupy materiału na ziemi.

c) Ma możliwość wymiany praktycznie wszystkiego. Dół jest tiulowy, ale chcemy muślinowy? No problemo! Suknia nie ma gorsetu? No problemo, będzie wszyty! Pasek się dorobi, kokardę doczepi, cekiny wypruje. Dżizas! Z jednej strony fajnie, że jest możliwość modyfikacji, ale z drugiej strony trzeba mieć niezłą wyobraźnię żeby z wizualizować sobie efekt końcowy. 

d) Kosztuje na prawdę spore pieniądze. Franek inwestuje 5 tysięcy w coś co posłuży mu parę (a czasem i paręnaście) dobrych lat, zaoszczędzi czas, ochroni przed deszczem i przewiezie kilkaset tysięcy kilometrów. My inwestujemy od 2 do …eee w sumie nie ma limitu, tysięcy na coś co założymy raz w życiu. 

e) Jest do obejrzenia w chorych godzinach. Zapomnijcie o zwykłej przechadzce po salonach po godzinie 16.00 – prawdopodobnie w większości z nich nie będzie miejsca aby wściubić nosa. Nie wspomnę już o nadąsanych ekspedientkach. Nie umówiłaś się na wizytę? – Zatem nie istniejesz. Problem w tym, że w soboty nie ma możliwości rezerwacji terminu, a w tygodniu pracujesz. 

Kobiety nie zrozumiesz. 

Kobiety nie zrozumiesz. Bo pomimo całej tej absurdalnej wiedzy i tak z uśmiechem na twarzy, zamaszyście machając rękami, weźmie pod ramię mamę/ciocię/koleżankę i wyruszy na szaleńcze tournee po salonach sukien ślubnych. Będzie pławiła się w koronkach, trenach i welonach. Z uśmiechem na twarzy przeglądała się w tej jedynej i z takim samym wkurwem, denerwowała, że wygląda jak utyta śnieżynka Mikołaja. 

Tak było jest i będzie. 

Tego nie zrozumiesz i tego nie zmienisz. Nie zrozumiesz też momentu, gdy rzeczywiście trafisz na tą jedyną. Jakkolwiek to absurdalnie i kiczowato brzmi ten moment na prawdę istnieje, choć w niego nigdy nie wierzyłam. Moment, gdy obejrzysz się w lustrze i niczym największa narcystyczna świnka, wzruszysz się na swój własny widok. Po czym ekspedientka odsłoni zasłonę a Twoja własna mama wzruszy się dwa razy bardziej (jej zdecydowanie bardziej wypada). I kiedy zobaczysz jej łzy, chore zwoje mózgowe uruchomią się po raz kolejny, decydując – ta i żadna inna. Klamka zapadła. Wszystkie inne kiecki utwierdzą Cię jeszcze w większym przekonaniu, że podjęłaś dobrą decyzję. 

A wiadomo – dobre decyzje rzutują na całe życie, no a przynajmniej na ten jeden szczególny dzień.

14647230_1303348943030292_1293485600_small

One thought on “Drugie zderzenie: suknia ślubna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *