Facebook? Nie dziękuje. Idę na odwyk.

Nie tak całkiem niedawno, w służbowej kuchni urządziłam sobie małą pogawędkę z kolegą z pracy. Popijając poranną, poniedziałkową kawę, zmęczeni początkiem tygodnia, dzieliliśmy się swoimi przeżyciami z minionego weekendu. Otóż kolega – nazwijmy go – Jarek, w sobotę miał przyjemność być na dość dziwnym evencie, w trakcie którego w oko wpadła mu niezwykle piękna dziewczyna. Była tak piękna, że Jarek zapomniał przysłowiowego języka w gębie i niczym ostatni prawiczek, nie wykorzystał okazji do jakiegokolwiek podrywu. Dziewczyna ulotniła się niczym wiosenna mgiełka i Jarek tyle ją widział.

Powiedzmy sobie szczerze – Jarek spieprzył sprawę na całej linii.  

Wydawać by się mogło, że historia dzikiego podrywu nigdy nie będzie miała swojego happy endu, w sytuacji, gdy imię przepięknej nieznajomej było Jarkowi niewiadome. Lecz wystarczyły dokładnie dwa kliknięcia, aby lico cudownej niewiasty pojawiło się ponownie przed oczyma stęsknionego Jarka! Facebook, Instagram, prywatny blog –  niczym przystawka, obiad i deser – zostały zaserwowane zauroczonemu mężczyźnie, który dosłownie w 10 minut przestudiował całe życie olśniewającej dziewoji.  

To czy Jarek wykorzysta szansę i będzie miał odwagę zagadać do pięknej szatynki to jedno, natomiast to czy ona ma świadomość jak łatwo znaleźć ją w odmętach internetu to zupełnie inna historia. 

314h

Kolejny krok mojego osobistego odwyku

Ci, którzy w miarę regularnie śledzą nasze blogowe poczynania, mogli być świadkiem porzucenia Instagramowego szaleństwa. Z perspektywy prawie roku na odwyku mówię dumnie – nie potrzebuję i ani przez jedną, maciupeńką chwilkę nie brakowało mi tej szatańskiej aplikacji. Zaoszczędziłam sporo czasu, a opuszek mojego palca nie zdarł się od ciągłego scrollowania zdjęć. 

Z biegiem czasu zrozumiałam jednak, że Instagram był tylko wygraną bitwą, a prawdziwa wojna czyha tuż za rogiem. Facebook – bo o nim mowa – coraz bardziej zaczyna mi wadzić, aniżeli sprawiać jakąkolwiek przyjemność czy też użytek. Wyskakujące powiadomienia, reklamy, posty znajomych, aktualności, wydarzenia i inne rozpraszacze, sprawiają, że moja koncentracja upadła tak nisko, że niebawem zacznie uprawiać intelektualną prostytucję. Właściwie to czasem mam wrażenie, że dałaby dupy za parę lajków i pochlebiający komentarz. 

Kiedyś jednak trzeba powiedzieć dość i zacząć się szanować. Mój czas właśnie nadszedł. 

Jak wygrać z Facebook’iem? 

Stań przed lustrem i powiedz to na głos – nie usuniesz Facebook’a, choćby skały srały, a dwie niedziele zeszły się do kupy. Ja też nie usunę. Dlaczego? Ano dlatego, że stał się tak popularnym narzędziem, że niektóre firmy zaprzestały tworzenia stron www, a posiadają social mediowe profile. Dlatego, że masz możliwość szybkiego i łatwego dostępu do interesujących Cię eventów. Czy też choćby dlatego, że możesz dotrzeć z własnym przekazem do kilkuset znajomych jednocześnie. No właśnie, nie usuniesz i koniec kropka. Niestety mądrala Zuckenberg wiedział co robi, wsadzając do wirtualnego zoo cały świat zwierzątek, które na własne życzenie weszły do klatki, zamknęły drzwiczki na kluczyk i pełne entuzjazmu, nagminnie strzelają sobie fotki swoich gołych tyłków. 

Wyłączenie powiadomień od znajomych. 

Było pierwszym krokiem odcięcia się od Facebook’owego śmieciowiska. Ha! Niby jedno kliknięcie, ale dylemat moralny był! Głupie prawda? No, ale jednak. Oczywiście pod stwierdzeniem śmieciowiska nie kryją się moi znajomi, lecz ich wszelkie działania, które średnio wnoszą cokolwiek do mojego życia. Np. koleżanka, która została obdarzona niezwykłym cudem natury i tuż po narodzinach ów cudu nie omieszka wrzucać dziesiątki zdjęć swojego bubusia, kumpel z pracy, który składa życzenia swojej koleżance z podstawówki, która jest mi tak bliska jak święty Franciszek czy też bzdurowate wyznania w stylu „jestem taka smutna, nikomu nic nie powiem, ale wylewam swoje żale na wirtualnej tablicy, żeby każdy zobaczył, że jestem taka smutna”. 

Uff…zrobiło się odrobinę spokojniej, czyściej, mniej hałaśliwie. Pierwszy etap przeszedł pomyślnie, jednak mój głód świętego spokoju zdecydowanie nie został zaspokojony. 

Kill news feed 

To genialna wtyczka do chrome’a, która pozwoliła mi na przejście do drugiego etapu mojego Facebook’owego odwyku. Kill news feed całkowicie wyłącza posty na tablicy, powiadomienia i wszelką aktywność, która może Cię rozpraszać, zostawiając przy tym funkcjonalności, których możesz potrzebować (wiadomości, wyszukiwanie, oglądanie profili firm itp.). Wtyczkę mam zainstalowaną na swoim domowym komputerze już od jakiegoś czasu, lecz wciąż nie mogę nadziwić się po co nagminnie wchodzę na Facebooka. Za każdym razem, gdy przed moimi oczami ukazuje się cudowna otchłań,  gapię się na nią bezczynnie przez kilka sekund – delektując się ciszą i spokojem –  po czym przechodzę do bardziej kreatywnych czynności. Tadam! Kolejne minuty mojego cennego życia zostały uratowane.  

Wtyczka do pobrania STĄD

Messenger

Ale nie wersja mobilna, bo ją wszyscy dobrze znamy. Messenger.com na desktop, który pozwala nam rozmawiać ze znajomymi bez włączania Facebooka jest genialnym, a zarazem banalnym rozwiązaniem. Najczęściej używam go w pracy, gdzie nie chcę rozpraszać się niepotrzebnymi informacjami, a potrzebuję porozmawiać z bliskimi osobami. 

Nie wiemy jak wiele ryzykujemy. 

To co dzieje się na Facebook’u przerasta moje najśmielsze oczekiwania. Kobiety z gołymi brzuchami w ciąży, zdjęcia usg z 7 miesiąca, zdjęcia tuż po porodzie na sali szpitalnej, miliardy fotek niemowlaków umorusanych poranną papką o kolorze i konsystencji kupy, tysiące zdjęć z wakacji, miliardy zdjęć z ważnych momentów życia, gołe cycki, gołe dupy. Na litość boską, ludzie opanujcie się! Nastały czasy całkowitego ekshibicjonizmu, zszargania własnej prywatności z błotem i wystawienia się na osąd publiczny. Jednak czy to jest jedyny minus zaistniałej sytuacji? 

318h1

Tworzenie materiału do tego posta skłoniło mnie po raz pierwszy w życiu do przestudiowania Regulaminu Facebook’a. Oto efekt: 

# wszelkie, dosłownie wszelkie materiały, które przesyłacie za pomocą Facebook’a są gromadzone. Co kryje się pod słowem gromadzone? Tzn, że jeżeli w 2011 wstawiłaś dla śmiechu zdjęcie swojego gołego pośladka i po 5 minutach stwierdziłaś, że to jednak głupi pomysł był – klamka zapadła, fotka została pochłonięta i zarchiwizowana na Facebookowym serwerze. Nie ma chuja we wsi, że zdjęcie jakimś cudem zostanie zapomniane. 

# nie dość, że Facebook gromadzi sobie Twoje wszelakie dane to udostępnia je swoim spółkom (lista tutaj) oraz zagranicznym partnerom takim jak: dostawcom usług reklamowych, sprzedawcom i innym usługodawcom wspierających Facebooka. Oczywiście mają podpisane klauzule poufności, ale jednak…

# jeżeli wykonałeś transakcje finansową poprzez Facebooka (np. kupiłeś coś, dokonałeś zakupu w dowolnej grze, wsparłeś kogoś datkiem), serwer gromadzi takie informacje jak: dane o płatnościach, np. numery i inne dane kart kredytowych lub debetowych, dane kont i informacje przesyłane przy uwierzytelnianiu transakcji, a także informacje rozliczeniowe, wysyłkowe i dane kontaktowe.

# akceptując regulamin, przyznajemy Facebookowi „niewyłączną, zbywalną, obejmującą prawo do udzielania sublicencji, bezpłatną, światową licencję zezwalającą na wykorzystanie wszelkich treści objętych prawem własności intelektualnej publikowanych przez niego w ramach serwisu Facebook lub w związku z nim (Licencja IP). Jednym słowem Twoje zdjęcia od chwili pojawienia się na twarzo-książce nie należą do Ciebie. 

# zabronione jest korzystanie z Facebooka przez osoby poniżej 13. roku życia.

# zabronione jest podawanie fałszywych danych osobowych na Facebooku i tworzenie konta dla innej osoby bez jej pozwolenia.

# zabronione jest przekazywanie swojego konta (a także administrowanej przez siebie strony lub aplikacji) innej osobie bez wcześniejszego uzyskania pisemnego zezwolenia od Facebook’a.

Brzmi trochę jak Facebook’owe gestapo, prawda?

Kiedy już dotrwałam do końcówki regulaminu, w mojej głowie pojawiło się poczucie, że de facto przywiązujemy ogromną wagę do czegoś, co w żadnym stopniu nie jest nasze. Kreujemy swój wizerunek – swoje miejsce na wirtualnej przestrzeni – za które jesteśmy gotowi rozszarpać jednostkę, która nie wręczy nam lajka,  gdy tymczasem wszystko należy do Zuckenberga, który gdzieś na Malediwach popija sobie schłodzone mojito. Do kolesia, który jednym kliknięciem mógłby wyłączyć nasze alter ego. Nie macie wrażenia, że wtedy połowa z nas rzeczywiście przestałaby istnieć?

Facebookowy psycholog

Facebook jest w porządku do momentu, gdy nie zaczyna wchodzić głęboko w naszą psychikę. Niestety w większości przypadków korzystanie z twarzo-książki, kończy się poważnym uzależnieniem. Dlaczego tak się dzieje? Otóż dlatego, że otrzymanie lajka czy też pozytywnego komentarza wytwarza dopaminę – hormon odpowiedzialny za dobre samopoczucie u człowieka. Dodatkowo poprzez lajki utwierdzamy się w przekonaniu, że jesteśmy powszechnie akceptowani i lubiani. Dlatego też zdaniem nowojorskiego psychologa, dr. Guya Wincha, pacjenci korzystający z mediów społecznościowych doświadczają wielu negatywnych stanów emocjonalnych. W smutek potrafi wprawić ich fakt, że po tym, jak „polubili” zdjęcia z wakacji jednego ze znajomych, tamten nie odwdzięczył się tym samym, klikając „lubię to” pod nowym albumem pacjenta. (źródło: natemat). 

228h

Zatem otrzymanie dużej ilości lajków może sprawić, że będziemy usatysfakcjonowani ze swoich działań, a brak odzewu od Facebookowej publiczności może doprowadzić nas do smutku i rozgoryczenia. To niesamowite, że wirtualne narzędzie wymyślone przez jakiegoś rudego nerda ma aż tak wielki wpływ na nasze poczucie wartości. Warto zastanowić się nad bezsensownością i absurdalnością takiego obrotu spraw i zacząć żyć pełną parą w realnej rzeczywistości. 

Potwierdzeniem powyższych teorii był jeden, szczególny komentarz pod postem Jacka Kłosińskiego, który zachęcając do korzystania z „kill news feed”, pokazał swoją pustą tablicę bez aktualności. Zerknijcie sami: 

Jak bardzo trzeba mieć zrytą psychikę i podejście do Facebooka, żeby stwierdzić, że usunięcie wszelkich powiadomień ze SWOJEGO profilu jest narcystycznym podejściem? Koleś chciał mieć święty spokój, skupić się na pracy, zwyczajnie znaleźć sposób na lepszą koncentrację, a tymczasem oskarżono go o narcyzm. Niewiarygodne. 

Niestety takich przypadków jest mnóstwo – nie polubiłeś posta/zdjęcia/komentarza, znaczy się, że jesteś obrażony. Nie obserwujesz swoich znajomych – jesteś chujem. Wyrzuciłeś kogoś ze znajomych z kim nie zamieniłeś ani słowa od 10 lat? Jesteś chujem. Nie udzielasz się na Facebooku? Znaczy się, że jesteś aspołeczny. I tak dalej, i tak dalej. Ludzie mierzą swoje poczucie własnej wartości poprzez wirtualne narzędzie, które nie daje niczego po za chwilowym dopływem dopaminy. 

To ja już wolę egoistycznie zjeść czekoladę.

A co mi tam. 

One thought on “Facebook? Nie dziękuje. Idę na odwyk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *