Trzecie zderzenie: makijażystka ślubna

Po fotografie i polowaniu na suknię ślubną, trzecie zderzenie przyszło o wiele szybciej niż się go spodziewałam.

Odhaczając kolejne punkty związane z weselem, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że rynek ślubny rządzi się swoimi prawami. Ceny z kosmosu, traktowanie klienta z góry, terminy zarezerwowane na kilka lat w przód – to tylko garstka z kłód rzucanych pod nogi przyszłym nowożeńcom. I choć wszyscy chcemy wierzyć w kolorowe zdjęcia uśmiechniętych par z Pinteresta przygotowujących się do wesela, rzeczywistość jak zwykle brutalnie weryfikuje nasze wyobrażenia. Szczerze mówiąc jak tak dalej pójdzie stanę się istnym ekspertem w „zderzeniach ślubnych”, nerwowo łykając środki uspakajające.

Dzisiaj skupię się na makijażu ślubnym i – jak się okazało – niesamowicie intrygującym zawodzie makijażystki. W tym miejscu pragnę również zaznaczyć, że make up jest dla mnie niezwykle istotnym punktem „programu”. O tyle o ile mogłabym pójść do ołtarza we włosach przejechanych kilka razy prostownicą o tyle trwałość i wykonanie makijażu ślubnego jest moim oczkiem w głowie. A nawet dwoma.

Jak na taśmie produkcyjnej

Istoty problemu zawsze trzeba szukać u źródła. W przypadku moich przygód z makijażystkami, źródłem samego problemu byłam…ja. Ja – klient świadomy co do jednego pociągnięcia pędzlem czego chce. Klient, który od 16 roku życia wypracował swój idealny twarzowy wizerunek i ani mu się śni go zmieniać. Patrzenie na swoją twarz od 25 lat jest chyba najsensowniejszym argumentem przemawiającym za tym, że zna się ją lepiej niż ktokolwiek inny. Wiem czego potrzebuje, w czym mi będzie dobrze, a czego należy unikać.  Podsumowując – jestem klientem niewygodnym. Dlaczego? Ano dlatego, że makijażystka wie lepiej!

Nie po to przechodziła milion tysięcy kursów, uczestniczyła w fency warsztatach i zdobyła kilkaset certyfikatów, żeby słuchać się przeciętnego szaraczka, który nie ma pojęcia o najnowszych trendach makijażowych! Skoro na kursach nauczyli ją, że trzeba konturować, to zawzięcie konturuje zgodnie z wyznaczonym schematem. Co tam, że mój nos nie potrzebuje konturowania i po jej działaniach wygląda na dwa razy większy? Nieważne! Ważne, że odhaczyła trzeci punkt na swojej liście.

ngkkhltw0ik-flaunter-com1

Zostawmy jednak nos w spokoju i przejdźmy do brwi, bo to dopiero tutaj zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. To po prostu musi być ukryty fetysz każdej wizażystki, bo jak mam inaczej wytłumaczyć fakt, że za każdym razem nakładały na moje i tak wyraziste brwi, ciemne specyfiki po których wyglądałam jakbym dopiero co wyszła z kopalni? Idealnym potwierdzeniem tej teorii jest dzień w którym wsiadłam do samochodu po wizycie u makijażystki, a Adrian na mój widok nie mógł powstrzymać się od śmiechu, prosząc, abym zmyła to coś znad swoich oczu.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że one jakimś cudownym sposobem nie widzą problemu. Umalują Cię zgodnie ze swoimi (nie Twoimi) wyobrażeniami i nawet nie przyznają się do tego, że wyglądasz po prostu chujowo. A uwierzcie mi – po jednej z wizyt u makijażystki, porównanie mnie do baby Jagi było nie lada komplementem.

Jak mysz kościelna…

…biedna, ale za to ładnie pomalowana! Nie od dziś wiem, że za jakość trzeba zapłacić więcej. Tą zasadą kieruję się również w życiu codziennym i gdy stoję przed wyborem droższych ale lepszych jakościowo produktów, zdecydowanie stawiam na jakość. Cena zatem nie gra u mnie pierwszych skrzypiec, ale w związku z tym, że pieniądze nie rosną mi na drzewach, staram się rozsądnie podchodzić do swoich wyborów. Jednym słowem cebulą nie jestem i wiem, że nie zostanę profesjonalnie pomalowana za 50zł. Ba! Poprzeczkę podniosłam nawet do 200 złotych za makijaż, co okazało się całkowicie niewystarczające. Dodajmy jeszcze kwestię dojazdu do miejscowości w której odbędzie się wesele (150 km od Warszawy) i znalezienie, miłej, profesjonalnej, rozsądnej cenowo makijażystki graniczyło z cudem. Zresztą zobaczcie sami: 

#1:

Dzień dobry, makijaż ślubny to koszt 300 zl,z fryzurą  450 zl, próba kosztuje  tyle samo. Osoby  dodatkowe  to koszt 350zlcałej stylizacji. Sam. Makijaż 250 zł. Pracuje na kosmetykach premium  czyli z wyższej półki  🙂
Dojazd wynioslby6 400 zl,i naliczany jwst wg czasu a nie zuzytego paliwa.
Do sttkizacji musialoby byc mnimin1 6 osób na makijaz i wlosy 🙂

Pomijając kwestie gramatyczne i stylistyczne odpowiedzi, decydując się na tą Panią musiałabym wydać 2950zł. Dokładnie tyle samo ile płacimy dj’owi, który ma bardzo drogi sprzęt, bierze za dojazd 200zł i pracuje całą noc. Przyjrzymy się również temu jak Pani liczy kwestię dojazdu. Mam rozumieć, że mogę zapłacić dwa razy więcej w przypadku, gdy zrobi sobie dłuższy postój na kawę, będą roboty drogowe, albo zamarzy się jej zwiedzić np. Białowieżę? 

#2:

przemyślałam to bardzo poważnie – jednak dojazd do Siemiatycz zająłby ok 2.5h w jedną stronę także musiałabym dla Pań zarezerwować cały dzień – koszt byłby zdecydowanie wyższy niż makijaże na miejscu i  kształtowałby się na poziomie 2000zł (kwota by uwzględniała 5-6 makijaży z dojazdem)

 

#3:

Jedna Pani w przypadku makijażu próbnego również policzyła sobie dojazd na terenie Warszawy (!):

bez-tytulu

 

Totalny brak profesjonalizmu 

Ze swoim zapytaniem odezwałam się do około 20 makijażystek, z czego 2 wydały mi się profesjonalnymi osobami. Reszta w ogóle nie odpowiedziała na zapytanie, albo odpowiadała w sposób zdawkowy, często z błędami, infantylnie. Zdaję sobie sprawę, że kwestia dojazdu jest problematyczna i nie każdy musi się decydować na taką podróż. Całkowicie to rozumiem i jedyne czego oczekiwałam to rzetelnej odpowiedzi tak/nie. Tymczasem miałam wrażenie, że muszę zabiegać o ich atencję i wręcz prosić o kontakt.

#1:

Tutaj np. Pani już nie raczyła odpowiedzieć i zabiegać o klienta: 

bez-tytulu2

#2:

Tu zakończenie rozmowy pełne „profesjonalizmu”:

bez-tytulu

#3:

Miałam również przyjemność prowadzić rozmowę telefoniczną z Panią z Białegostoku, która nie raczyła odpisać na żadne z moich pytań. Po kilku próbach kontaktu udało mi się z nią skontaktować i przeprowadzić „miłą rozmowę”. Mogę śmiało założyć, że księżna Anglii byłaby mniej wyniosła niż ta „gwiazda make upu”. Po pierwsze zostałam zmiażdżona zaporową kwotą 1400zł, po drugie miałam okazję usłyszeć kilkanaście głośnych wzdychnięć na temat tego, że to tak daleko a walizka taka ciężka. Po trzecie nie omieszkała dodać, że będzie bardzo zmęczona podróżą. Tu już nawet nie chodzi o kasę, ale o zwykłą kulturę osobistą i relację klient – usługodawca. 

bkad07qeijc-manu-camargo1

Moje zrezygnowanie sięgało zenitu. Znalezienie normalnej makijażystki z dużego miasta, której chciałaby się dojechać do mniejszej miejscowości graniczyło z cudem, a te na miejscu mogłyby spokojnie umalować mnie na Halloween.  Z odsieczą przyszła moja znajoma, która dopiero co zaczęła stawiać pierwsze kroki w zawodzie makijażystki. Wiedząc jak trudną klientką jestem, postawiła sobie na cel moją 100% satysfakcję i wręczając do ręki lusterko, krok po kroku wypracowałyśmy makijaż idealny. Czerwony dywan się rozłożył, confetti posypało się z sufitu, ludzie zaczęli rzucać kwiatami. To było TO i zostało stworzone tylko dlatego, że po raz pierwszy ktoś mnie na prawdę wysłuchał i wziął pod uwagę czy jestem zadowolona. 

Jak widać na załączonym obrazku nie trzeba mieć 10 lat doświadczenia, 5 kursów i jednego zadartego nosa do góry. Wystarczy znać swoje miejsce, być profesjonalnym i – przede wszystkim – słuchać klienta. Bo z tym słuchaniem to w dzisiejszych czasach ogólnie jest duży problem, nie sądzicie? 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *