Nieszczęśliwa cesarzowa, austriacki Wersal i grób Mozarta – Ah ten Wiedeń! Cz. 1

Każdy kto przygotowywał się do ślubu i wesela wie co oznaczają ostatnie trzy miesiące życia kawalerskiego. Obrączki, transport, tort, zaproszenia, noclegi, garnitur, dekoracje…mogłabym tak wymieniać do wieczora. Co zatem najlepiej zrobić w tym czasie? Pierd***ć wszystko i wyjechać na kilkudniowy urlop. Zostawić obowiązki daleko w tyle, wziąć głęboki wdech i zresetować się na maksa.

Dzięki uprzejmości naszej rodzinki (wiem dziubaski, że to czytacie <3) mieliśmy okazję połączyć przyjemne z pożytecznym, udając się do stolicy Austrii na okrągłe sześć dni. Wiedeń zaskoczył nas kilkukrotnie – temperaturą, przepychem, sztuką – ale przede wszystkim, spełnieniem mojego malutkiego, głęboko skrywanego marzenia.

Mają rozmach…

Pobyt w Wiedniu w głównej mierze był cudownym spotkaniem z historią i szeroko pojętą kulturą. Wszystko to co zostało w naszych głowach z lekcji historii, sztuki czy muzyki, odrodziło się ponownie po przekroczeniu progu Pałacu Schönbrunn, który był pierwszym punktem naszej wycieczki.

Definicją idealnego, letniego wypoczynku przeciętnego śmiertelnika XXI wieku jest domek nad jeziorem, browarek, grill i rechot żab. Jak widać na załączonym obrazku definicja letniego relaksu XVIII wiecznej dynastii Habsburgów nabiera zupełnie innego znaczenia. Nie przecierajcie oczu ze zdziwienia – nie jest to główna siedziba cesarzy, a zaledwie ich letnia rezydencja licząca ponad 1400 komnat. Był to pierwszy moment podczas pobytu w Wiedniu, kiedy pomyślałam sobie cichutko w głowie „mają rozmach…”. Ten zwrot nie opuszczał mnie do ostatniej atrakcji, którą dane było nam zobaczyć.

„Piękne źródło” (Schönner Brunnen) to przepiękna barokowa budowla, wzniesiona w 1692 roku, która jest jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji w Wiedniu. W sezonie turystycznym warto więc uzbroić się w cierpliwość, gdyż może zaskoczyć Was nie tylko czas oczekiwania na zakup biletów, ale również czas odmierzany do wejścia. W naszym przypadku było to 90 minut, które spędziliśmy na przechadzce po ogrodzie przypałacowym.

Po odczekaniu wyznaczonego czasu nadszedł punkt programu. Przykładając do ucha głośniczek malutkiego urządzenia z którego wydobywał się przyjemny, znajomy, głos polskiego lektora, przesuwaliśmy się po kolejnych komnatach pałacu, coraz szerzej otwierając buzie z zachwytu. Bogactwo nasyconych barw, złocone ramy, przepiękne niczym prawdziwe fotografie obrazy pędzla najwybitniejszych malarzy, baldachimy, oryginalne zastawy stołowe i zjawiskowe szezlongi sprawiły, że pomimo tłumu zwiedzających, człowiek na 60 minut zostaje sam na sam ze wspaniałą przeszłością tego miejsca. Po raz pierwszy w życiu, zwiedzając muzeum w którym mieszkali niegdyś najwyżsi rangą, nie musiałam mocno uruchamiać swojej wyobraźni, aby poczuć klimat tamtych lat. Nie było – tak jak w większości polskich zabytków – brakujących elementów czy niezliczonej liczby replik. Wszystko było podane jak na tacy  – oryginalne, przepiękne i obrzydliwie drogie.

Pośród 45 udostępnionych komnat, jedna sprawiła, że autentycznie miałam ciarki. Była to przepiękna sala pokryta niezliczoną liczbą luster z ogromnymi kryształowymi żyrandolami, nazywana „Salą Lustrzaną”. Jednak to nie jej wygląd zewnętrzny sprawił, że zapadnie w pamięci do końca mojego życia, a historia której była świadkiem wiele lat temu. Bowiem to właśnie tutaj w 1762 roku przed ówczesną władczynią, zagrał sześcioletni Mozart. Dokładnie w miejscu w którym stałam, przechadzało się genialne dziecko, którego historię i spuściznę artystyczną zna cały świat. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak zarazem dziwne i pozytywne uczucie towarzyszyło mi w tamtej chwili.

Stawiając kolejne kroki w pałacowych wnętrzach, odkrywamy następne karty historii: przechodzimy przez komnatę w której w 1809 roku rezydował Napeolon Bonaparte, w „Wielkiej Galerii” podczas Kongresu Wiedeńskiego w latach 1814-15 odbywały się niezliczone bale, a w „Błękitnym Salonie Chińskim” w 1918 roku, cesarz Karl I podpisał abdykację, tym samym kończąc panowanie kilkusetletniej monarchii.

Po zmierzeniu się z ponad czterdziestoma komnatami, znajdujemy się w ostatnim pomieszczeniu kończącym tę niezwykłą podróż do przeszłości, która pozostawiła w naszych głowach przepiękne obrazy wnętrz pałacu, wypełnionych ogromnym przepychem i historią Austrii.

Przydatne informacje: 

  • weźcie ze sobą własne słuchawki. Można je wpiąć do urządzenia z głośniczkiem, które otrzymujemy na wejściu. Jest to o wiele wygodniejsza opcja, niż trzymanie głośniczka przy uchu. Dodatkowo całkowicie „wygłuszycie się” od tłumów turystów.
  • zwiedzanie z audiobookiem polega na wciskaniu kolejnych numerów na urządzeniu, które są przypisane do danej komnaty. Pozwala to na poruszanie się we własnym tempie i przeczekanie chwili, gdy dana sala jest wypełniona turystami.
  • na terenie pałacu obowiązuje całkowity zakaz fotografowania.
  • w ofercie pałacu znajdziecie różne rodzaje biletów. My wzięliśmy „classic pass”, która zawierała większą liczbę komnat i wejścia do niektórych obiektów na terenie ogrodów (labiryntu, Glorietty czy Oranżerii). Ze względu na brak sił skorzystaliśmy tylko z wejścia na Gloriettę, czego nie mogę po nocach przeboleć. Jeżeli jesteście wytrwałymi turystami i pogoda nie zaskoczy Was ponad 30 stopniami, polecamy zarezerwowanie całego dnia, parę kanapek w plecaku, zapas wody i wykorzystanie tej wejściówki na maksa. Koszt: 24 euro.
  • bilety można zakupić wcześniej przez stronę internetową: https://www.schoenbrunn.at/en/

Wszechobecny wiedeński przepych zaskoczył nas także w najmniej oczekiwanym miejscu jakim był…cmentarz. I to jaki! Jest to bez wątpienia, najpiękniejsza nekropolia jaką w życiu widziały nasze oczy. Zwabieni odwiedzeniem nagrobków takich artystów jak Mozart, Beethoven czy Strauss nawet w 10 procentach nie wyobrażaliśmy sobie tego co napotkaliśmy po przekroczeniu bramy Cmentarza Głównego (Zentralfriedhof).

Każdy z mijanych nagrobków był małym dziełem sztuki reprezentującym różne style architektoniczne. Ręcznie rzeźbione postacie w przeróżnych pozach, mini świątynie z kolumnami czy bogato zdobione pomniki, wydawały się wręcz nierealne w porównaniu do naszych ojczystych grobowców. Jednak jak na wiedeńczyków przystało, nie tylko pomniki są okazem bogactwa, ale także cały teren nekropolii zasługuje na uwagę. Liczący (bagatela!) 2,5 kilometra, zyskał miano lidera w Europie pod kątem liczby pochowanych osób i drugie miejsce na podium za okazałe gabaryty. Zawierający urocze alejki, klimatyczne lampy i równo przystrzyżoną trawę zachęca do długich, nostalgicznych spacerów.

Cmentarz jest podzielony na części reprezentujące kolejno wyznania: katolickie, protestanckie, prawosławne, buddyjskie, muzułmańskie, mormońskie, żydowskie oraz kilka odłamów religii chrześcijańskich i niechrześcijańskich. Ze względu na brak czasu zostaliśmy w części nam najbliższej – katolickiej, po czym udaliśmy się do przepięknej świątyni, którą widać już z progu wejścia do bramy drugiej. Otwierając potężne drzwi kościoła, po raz kolejny tego dnia wstrzymaliśmy oddech z zachwytu. Zadzierając głowy do góry nie mogliśmy napatrzeć się na majestatyczny odcień błękitu wypełniający całą kopułę. Jako estetka dostałam kolorystycznego „orgazmu”, choć to słowo nie do końca pasuje do miejsca w którym się znaleźliśmy. Wszyscy święci muszą mi w tym momencie wybaczyć, gdyż nie mogę znaleźć równie dobrego słowa opisującego tego, co ujrzały moje oczy. W totalnej ciszy, przycupnęliśmy chwilę na drewnianej ławeczce, po raz kolejny powtarzając w myślach „mają rozmach…”.

Mówiąc o rozmachu nie można także pominąć Muzeum Sisi, które znajduje się w Hofburgu – głównej siedzibie ówczesnych cesarzy. Już sam wygląd zewnętrzny muzeum obiecuje nam gwarancję niezapomnianych, estetycznych doznań, zapewniając, że nie wyjdziemy z niego zawiedzeni. W ramach biletu jest możliwość zobaczenia dwóch części wycieczki – prywatnych zbiorów cesarskich i apartamentów cesarskich, które poprzedza wprowadzenie do historii i legendy cesarzowej Sisi.

Nieszczęśliwa celebrytka XIX wieku

„Nocne czesanie włosów trwało kilka godzin i wymagało specjalnych rytuałów: na podłodze rozkładano biały materiał, a  fryzjer musiał być ubrany cały na biało. Po rozczesaniu i ułożeniu włosów Elżbiety, zbierał pasemka włosów, które wypadły podczas zabiegów, i liczył je. Jeśli było ich zbyt wiele, cesarzowa stawała się „niespokojna”. Zostawiała je i zapisywała daty ich wypadnięcia. Oczywiście mikrozarządzanie swoimi włosami ma sens tylko wtedy, jeśli jest to jedyna rzecz, nad którą możemy sprawować kontrolę.” – Linda Rodriguez McRobbie, „Niegrzeczne dziewczynki”.

Elżbieta Bawarska to odbicie lustrzane dzisiejszych kobiet obsesyjnie dbających o swoją figurę. Przy wzroście ponad 170 centymetrów ważyła zaledwie 45 kilogramów, a w swojej prywatnej siłowni spędzała niezliczoną ilość czasu. Nieszczęśliwa, samotna, zastraszana przez teściową, zginęła tragicznie w 1898 roku podczas prywatnej podróży do Genewy. Mordercą był włoski anarchista Luigi Lucheni, a narzędziem zbrodni zaostrzony pilnik do paznokci. Po śmierci stała się istną ikoną Austrii, regularnie „lądując” na pocztówkach, filiżankach i różnego rodzaju pamiątkach.

W „Muzeum Sisi” zmierzamy się z jej prawdziwą historią – nie tą filmową, uroczą, bajkową, nagiętą na potrzeby publiki. Poznamy szesnastoletnie dziecko, które z przymusu wstępuje w małżeństwo z cesarzem Austrii, aby do końca swoich dni zostać pozbawioną wszelkiej wolności – i co najważniejsze – szansy na prawdziwą miłość. Sisi z biegiem czasu wpada w chorą obsesję na punkcie swojego ciała, poświęcając prawie cały wolny czas na zabiegi pielęgnacyjne i ćwiczenia. W swojej chorobie zachodzi tak daleko, że po ciąży od razu rzuca się w wir ćwiczeń, pomimo bardzo słabej kondycji fizycznej. Z biegiem czasu izoluje się od ludzi, uważając, że zewsząd czyha na nią niebezpieczeństwo. Finalnie jej smutne życie zostaje przekształcone w mistyczną legendę na potrzeby ówczesnych mediów.

Po wyjściu z muzeum ogarnęło mną poczucie pomyłki nad tak wielkim zachwytem i legendą Sisi. Nie była to kobieta silna, wykazująca się charyzmą, słynąca z uczynności czy pomysłowości. Po prostu była. Chuda, smutna i schorowana. Wokół jej osoby urósł mit, dokładnie taki sam, który towarzyszy dzisiejszym celebrytom pokazujących swoje nagie, wysportowane ciała do których obsesyjnie dążą. Elżbiecie Bawarskiej należało współczuć, a nie ją promować.

„Muzeum Sisi” jest bez wątpienia obowiązkowym punktem na każdej turystycznej mapie. Apartamenty Cesarskie niczym nie ustępują tym z Pałacu Schönbrunn, a wręcz przeciwnie – zachwycają nie tylko przepychem, ale także bardziej prywatną stroną życia cesarskiego. Zwiedzający mają bowiem okazję zobaczyć m.in siłownię Elżbiety, wychodek, łoże cesarskie, łaźnię oraz całe mnóstwo prywatnych zastaw stołowych.

Koszt biletu: ok 17 euro. Obowiązuje także zakaz fotografowania.

Trzy powyższe miejsca na zawsze skradły nasze serca, czyniąc Wiedeń wyjątkowym punktem na naszej podróżniczej mapie. Każde z nich łączy niesamowity przepych, bogactwo i niezwykłe przeżycia estetyczne. Obcując z tak pięknymi pomieszczeniami, przedmiotami i sztuką uzupełniliśmy na dłuższy czas swój „głód artyzmu”, mogąc w spokoju oddać się dalszej eksploracji Wiednia, który…spełnił moje jedno, małe skrywane marzenie! Ale o tym już niebawem w kolejnej części.

3 thoughts on “Nieszczęśliwa cesarzowa, austriacki Wersal i grób Mozarta – Ah ten Wiedeń! Cz. 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *