Ah ten Wiedeń, który spełnił jedno marzenie! Cz. 2

W Wiedniu oprócz notorycznego braku klimatyzacji w komunikacji miejskiej zabrakło nam „serca” miasta, które pojawia się w większości odwiedzanych przez nas miejsc. Starego miasta, rynku czy placu z fontanną, który mówiłby głośno i wyraźnie „tu się wszystko zaczęło!”. W mieście kiełbasek niestety nie doświadczymy takiego punktu, ale z pewnością nasze oko nacieszy się mnóstwem przepięknych budowli.

Katedra Świętego Szczepana

Często wskazywana właśnie jako punkt centralny Wiednia, choć – naszym zdaniem – mocno naciągany. Deptak na którym znajduje się ta XIII wieczna katedra to istny wysyp markowych sklepów z ciuchami, butami i torebkami. A szkoda, bo z ławeczkami, fontanną i ulicznym grajkiem byłoby o wiele przyjemniej. „No cóż, nie można mieć wszystkiego” – z tą myślą, przekroczyliśmy próg katedry, już od wejścia czując przyjemny chłód serwowany przez kamienną posadzkę i wysokie sklepienie.

Zauważyłam, że zwiedzanie świątyń i wszelkiego rodzaju obiektów sakralnych, na dobre wpisało się do naszego podróżniczego „must have”. Mając na turystycznym koncie kilkadziesiąt tego typu obiektów, możemy śmiało stwierdzić, że Katedra Świętego Szczepana zaskoczyła nas swoim unikalnym klimatem. Zbudowana w stylu gotyckim przywołuje na myśl mroczne wnętrza czarodziejskiego Hogwartu, zmuszając wręcz do chwili kontemplacji i zadumy. Nie bez powodu została także ogłoszona wizytówką Wiednia – to tutaj znajdują się bowiem groby monarchów i książąt z austriackiej linii Habsburgów. Co ciekawe ciała zmarłych nie są pochowane w całości –  według protokołu Habsburgów, władcy mieli mieć zapewnione trzy różne miejsca pochówku:

„Po śmierci cesarza jego ciało otwierano i balsamowano. Wnętrzności zmarłego po tym, jak pobłogosławił je kapelan zamkowy, chowano do miedzianej urny, którą karoca zawoziła do katedry św. Szczepana. Tam arcybiskup Wiednia błogosławił je po raz drugi, po czym urnę składano do katakumb pod kościołem. Serce wyjmowano i zamknięte w urnie uroczyście przenoszono do kaplicy Loretańskiej w kościele św. Augustyna w Wiedniu. Dziś – w krypcie, która nie bez sentymentu nosi miano Herz- grüftl (zdrobnienie od „krypty serc”) – można zobaczyć 54 srebrne urny z sercami Habsburgów. Podobno trzy pojemniki z sercami i dwie urny z trzewiami z czasem zaginęły.” – fragment artykułu „Zejście z pompą”, Jarosława Molendy,  historia.focus.pl

Budowla była także świadkiem zawarcia małżeństwa przez Mozarta i Konstancję Weber (1782 r.), oraz początkiem kariery Josepha Haydn’a, który w 1738 roku został tutaj dostrzeżony przez dyrygenta chóru umieszczonego przy świątyni. Powyższe czynniki sprawiły, że wizerunek Katedry został umieszczony na rewersie 10 centowej monety i widnieje na niej po dziś dzień.

Wstęp: bezpłatny (specjalnie wydzielona część), możliwość wykupienia płatnego zwiedzania z przewodnikiem.

Belweder

Belweder został zbudowany w 1714 roku na zlecenie Eugeniusza Sabaudzkiego. Eugeniusz to niezwykle ciekawa postać, uważana przez Napoleona Bonaparte za jednego z siedmiu najlepszych wodzów w dziejach świata. Z urodzenia francuz, w wieku młodzieńczym został mocno rozczarowany decyzją Ludwika XIV, który uniemożliwił mu służbę we francuskiej armii. W 1683 roku zostaje oficerem austriackiej armii i od tego czasu odnośni spore sukcesy, pokonując w wielu bitwach swoich rodaków. Brał udział m.in w Bitwie pod Wiedniem, a także przyczynił się do podpisania traktatu sojuszniczego, którego celem była obrona całości terytorialnej Rzeczypospolitej i wyprowadzenie z niej obcych wojsk (1719 rok). Ciało Eugeniusza zostało złożone we wspomnianej wcześniej Katedrze Św. Szczepana.

Rezydencja składa się z dwóch budowli: Górnego (bardziej reprezentacyjnego) i Dolnego (letnia rezydencja) Belwederu. Obecnie podczas zwiedzania można tu podziwiać m.in kolekcję obrazów Gustawa Klimta w tym, najpopularniejsze jego dzieło „Pocałunek”. Koszty biletów oscylują w okolicy 20 euro, co nie ukrywamy, zadecydowało o zrezygnowaniu ze zwiedzenia wnętrz pałacu, na rzecz krótkiego relaksu w ogrodzie przypałacowym.

Zagubieni w Wiedeńskiej architekturze

W kolejnym dniu zwiedzania postanowiliśmy zgubić się pomiędzy wiedeńskimi uliczkami, rozpoczynając naszą wycieczkę od Pomnika Bohaterów Armii Czerwonej. Po krótkich „oględzinach” placu i paru fotkach przy fontannie, nasze zainteresowanie przykuła ogromna kopuła w kolorze morskim, wystająca zza jednej z budowli. Udając się „po omacku” w kierunku kuszącej elipsy, dotarliśmy do zapierającego dech w piersiach Kościoła Św. Karola Boromeusza. Cała budowla z palmami na przodzie prezentuje się prawie tak majestatycznie jak cena za wejściówkę. Kolejne 8 euro do wydania, skutecznie zniechęciło nas do zwiedzania wnętrz katedry, zostawiając je sobie na kolejną wizytę w Wiedniu.

Kolejne etapy zwiedzania Wiednia, przypominały swoją formą, istne grzybobranie. Im dalej w „las”, tym więcej ciekawych okazów, które przypadkowo odkrywaliśmy. Pierwszym z nich była Austriacka Biblioteka Narodowa, którą – o zgrozo – nie zwiedziliśmy!

Do tej pory co wieczór klękam na ziarnku grochu, przeklinając w myślach swój własny brak przygotowania. Nie jestem w stanie uwierzyć, że byliśmy dosłownie parę metrów od tej architektonicznej perełki i nie zajrzeliśmy do środka. Wszystko przez brak wiedzy – nie miałam zielonego pojęcia, że budynek, który oglądamy pełni rolę Biblioteki Narodowej i z góry założyłam brak możliwości zwiedzania wnętrz. Pocieszam się faktem, że w tamtym momencie nie byłam świadoma swojej głupoty i jak widać na załączonym obrazku tryskałam radością:

Niemałym zaskoczeniem okazał się również dziedziniec Ratusza Wiedeńskiego (niem. Wiener Rathaus), który na dobre pół godziny stał się naszą oazą spokoju pośród zgiełku wielkiego miasta. Siadając na jednej z ławeczek, rozkoszowaliśmy się otaczającą nas architekturą i szumem wody z pobliskiej fontanny.

Relaks na najwyższym poziomie

Nasz pobyt w Wiedniu nie był jednak tylko i wyłącznie nastawiony na zwiedzanie. Mając na miejscu rodzinkę, która na co dzień zamieszkuje Państwo Habsurgów, doświadczyliśmy namiastki życia codziennego tamtejszych mieszkańców. To co nas mega pozytywnie zaskoczyło, to zamiłowanie Wiedeńczyków do jak najlepszego wykorzystania dostępnej architektury. Przykład? Zagospodarowanie dachu budynku mieszkalnego w postaci basenu i miejsca do grillowania. Wyobraźmy sobie scenkę: wracasz zmęczony po całym dniu pracy, wkładasz kąpielówki na dupkę, bierzesz drinka do łapki, wjeżdżasz na najwyższe piętro, wchodzisz niczym słoneczny patrol do wody i chłodzisz swoje ciałko przy zachodzie słońca z widokiem na Wiedeń. Nosz k**wa mać!  Lepiej być nie mogło. Genialny plan, genialna strategia na poznawanie sąsiadów i genialni wiedeńczycy. Mam nadzieję, że tego typu pomysły na stałe zagoszczą w naszym kraju.

To co jako Polak musisz obowiązkowo wiedzieć o Wiedniu, to że można bezkarnie pić browarka na ulicy. Normalnie pominęłabym tę informację, ale w związku z tym, że w moich żyłach płynie słowiańska krew, czuję się zobligowana do szerzenia tej informacji. Nie mogąc zatem przeoczyć legalnego paradowania z puszką pełną procentów, wybraliśmy się wieczorkiem na Prater.

Każdy z nas ma małe i większe marzenia. Niektórzy chcą polecieć do Stanów, zjeść ośmiornicę, skoczyć ze spadochronem czy też napisać książkę. Ja oprócz tych wielkich pragnień, mam również takie małe, mniej znaczące – aczkolwiek nadal bardzo dla mnie istotne. Jednym z nich było zobaczenie wesołego miasteczka w nocy. Ale wiecie – nie takiego rozkładanego w jeden dzień, które przywołuje na myśl pytanie – „Czy aby na pewno posiada niezbędne certyfikaty bezpieczeństwa?”, tylko takiego ogromnego, z prawdziwego zdarzenia. Moje małe życzonko, nie było zatem do spełnienia w naszym kraju z dwóch powodów – pierwszy to ten, który wymieniłam powyżej, a drugi to taki, że u nas parki rozrywki są zamykane wraz z ostatnim promieniem słonecznym. Moja radość nie znała zatem granic, gdy okazało się, że w Wiedniu będę miała okazję odhaczyć z listy swoje małe marzenie. Jeszcze większą radość sprawił mi fakt, że nasi bliscy po usłyszeniu mojej historii, dopełnili wszelkich starań, abyśmy pojawili się na miejscu dokładnie w momencie, gdy wszystkie atrakcje cudownie rozświetlają się milionem światełek. Policzki bolały mnie od ciągłego uśmiechania, browarek przyjemnie chłodził podniebienie, a w myślach pojawił się cichutki głos – „na pewno tu powrócimy”.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *