Rady, które chciałabym otrzymać przed ślubem.

Ostatnie trzy miesiące upływają nam pod wybrzmiewającym z każdej strony pytaniem „Jak się żyje w małżeństwie?” oraz kręceniem złotym krążkiem na nieprzyzwyczajonym serdecznym palcu.

I choć wszyscy znajomi i rodzina oczekują wystrzałów szampana i dźwięków fanfarów, nasza odpowiedź jest do bólu nadzwyczajna:
Żyje się dokładnie tak jak przed małżeństwem.” 

No bo niby co miało się zmienić? Przed ślubem mieszkaliśmy ze sobą, dogadywaliśmy się, znaliśmy się od dawna. Jedna noc oraz przysięga (choć niezwykle ważna) nie są w stanie obrócić naszego życia o 180 stopni.
I bardzo dobrze – bo nie ma co obracać!

Podczas pisania o swoim własnym weselu na blogu, ostatnią rzeczą, którą chciałabym zrobić to wciskać  kit. Tak, był to niesamowicie piękny dzień, pełen niedoświadczonych do tej pory emocji, wzruszeń, uśmiechów i – tak – czułam się nadzwyczajnie. ALE nie będę mrużyć oczek i mówić – to był najpiękniejszy dzień w moim życiu! Bo nie był. Przede mną jeszcze milion cudownych chwil, takich jak wspólne chwile z rodziną, narodziny dziecka, sukcesy i milion innych rzeczy, których pewnie nawet się nie spodziewam. Nie lubię zatem zamykać dnia ślubu i wesela w ramie „najpiękniejszego dnia w moim życiu”, gdyż to oznacza, że innych, równie pięknych już nie będzie. I właśnie to jest coś, czego zabrakło mi podczas przygotowań do ślubu i wesela – prawdy. Większość kobiet nagina prawdę, starając się na siłę udowodnić, że to ich dzień był najlepszy, one najcudowniejsze, a wszystko poszło zgodnie z planem. Boją się powiedzieć, że coś im nie wyszło, coś źle przygotowały a czegoś innego zabrakło. Większość internetowych rad opiera się na dwóch zdaniach: „Przeżywaj każdą chwilę jak najmocniej się da, bo wszystko tego wieczoru szybko mija!” oraz „Uśmiechaj się cały czas, żeby wyglądać pięknie na zdjęciach”. 

Powiem tyle – wsadź sobie te rady w tyłek. Jeżeli będziesz szczęśliwa to uśmiech sam przyjdzie, a każdej chwili i tak nie przeżyjesz, bo wszystko dzieje się zajebiście szybko. Podczas przygotowań zabrakło mi konkretów – przysłowiowego „mięcha”, które pozwoli mi odetchnąć z ulgą – „uff, nie wszyscy są perfekcyjni”.

Rada nr. 1: Nie rób się na piękniejszą niż jesteś. 

Zacznijmy od tego, że Twój facet zdecydował się na poważny krok jakim jest bycie z Tobą przez CAŁE życie. Pokochał Cię taką jaką jesteś, z fałdkami na brzuchu, cellulitem na udach (choć w sumie może nawet go nigdy nie zauważył), uroczym uśmiechem, krzywą nogą, dużą stopą itp. itd. To co warto sobie przetłumaczyć to, że on chce zobaczyć CIEBIE przed ołtarzem, a nie karykaturę Ciebie. Jeżeli na co dzień nie nosisz koków i nie robisz skomplikowanych fryzur, nie wytwarzaj na swojej głowie mini arcydzieła w którym ptaki mogłyby sobie zrobić gniazdo. Jeżeli nie jesteś typem księżniczki, nie wybieraj princessy na potrójnym kole tylko dlatego, że Twoja mama wzruszyła się na jej widok. Jeżeli nie nosisz 12 centymetrowych obcasów, broń Cie Panie Boże nie zakładaj ich w dniu swojego ślubu, chyba, że chcesz wyglądać jak kulejące zombi, a o dwunastej w nocy tańczyć na bosaka.

To o czym nie wiedzą mężczyźni, to ogromna presja, która wytwarza się w kobiecie podczas planowania ślubu. Nie powiem – sama jej doświadczyłam i było to coś zupełnie niepotrzebnego. Przeglądając te wszystkie reportaże ślubne, pinteresty i grupy wsparcia, miałam poczucie, że tego dnia muszę być idealna, nieskazitelna, zjawiskowa, przecudowna i tak dalej i tak dalej. Moje zęby muszą olśniewać białym blaskiem, włosy grać główne skrzypce niczym w reklamie Head&Shoulders, ręce mają być wysportowane, skóra opalona, brzuch płaski. I nagle wpadasz w depresje. Zajadasz się słodyczami, głośno szlochając pod nosem – „kurwa! nigdy taka nie będę”. Nie będziesz i nie musisz być. Koniec kropka. 

Masz być sobą i to jest najważniejsze. I choć nieważne jak bardzo byś się starała, zawsze pójdzie coś nie tak. Ja w dniu ślubu obudziłam się z krostami na twarzy, moja fryzura była rozczochrana, a niebo zachmurzone. Pomimo wszystkich starań, były rzeczy na które nie miałam wpływu. I co? I nic! I tak czułam się cudownie, bo nie wygląd w tym dniu jest najważniejszy.

Co zatem zrobiłam dobrze i co mogłabym Ci doradzić?

  • niskie buty. Jeżeli nie tańczysz w 12 centymetrowych obcasach jak Beyonce, nie zakładaj ich do kościoła tylko dlatego, żeby przez godzinę dobrze wyglądać. Bo godzina w kościele to jedno, a 12 godzin wesela to zupełnie inna bajka. W kościele będziesz chciała wyglądać nieskazitelnie, a po dwóch godzinach wesela zamienisz ja na niższe buty i przez kolejne 10 będziesz użerała się z przydeptywaniem sukienki. Nie warto. Jeżeli najlepiej czujesz się w balerinkach – idź w nich, jeżeli masz długą kieckę i tak ich nie będzie widać.
  • naturalna fryzura. Ok, moja była zbyt naturalna bo pod koniec wesela było mi daleko to bycia glamorous, ALE lepsze to niż wspomniana wcześniej konstrukcja. Nadal przypominałam Kamilę, a nie daleką krewną Kamili. Niestety większość Panien Młodych postarza się dziwnymi fryzurami, zamiast postawić na to w czym najlepiej wyglądają.
  • pończochy. Sorry, że o takich szczegółach, ale to był również mój dylemat. Rajtki nie sprawdzają się przy odcedzaniu kartofelków, pończochy – tak. Tyle w temacie.
  • postawienie na swoim. Najcięższy punkt. Pamiętam jak dziś, gdy zamówiłam swoją wymarzoną biżuterię, moja mama kręciła nosem – że za skromna, za delikatna, nie będzie jej widać. W tamtym momencie mogłam się ugiąć i kupić coś bardziej „wow”. Z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było lepszej biżuterii do wybranej przeze mnie kreacji. Nie przytłaczała, a dopełniała całość. Nawet mama po fakcie przyznała mi rację.
  • igła i nitka w koszyczku ratunkowym. Absolutny must have. Myślałam, że jej nie użyję. W trakcie wesela okazało się zupełnie inaczej – jedna z dziewczyn zahaczyła obcasem o haft na sukience, który zaczął brzydko odstawać i stał się ewidentnym zagrożeniem dla pozostałych weselników. Na szczęście pogotowie ratunkowe w postaci mamy szybko zareagowało i dzięki igle i nitce, problem zniknął w 10 minut.

Co zrobiłam źle i przed czym chciałabym Cię ostrzec?

  • nieodpowiednie ubranie na przygotowania przedślubne. Zamiast wygodnego szlafroka, kiecka z małym otworem na głowę, która miała wyglądać ładnie na zdjęciach. Pff zajebiście, tylko, że wyjście z niej było nie lada wyzwaniem. Poczochrałam sobie i tak już poczochraną fryzurę i dodatkowo poplamiłam kiecę makijażem. Szlafrok to jest zdecydowanie TO.
  • zaoszczędzenie na fryzjerce i zbyt późna fryzura próbna. Gdybym miała zrobić to drugi raz, ciągnęłabym moją fryzjerkę z Warszawy (dodam, że jest to 150 km). Wiem, że brzmię jak postrzelona, ale moje nerwy nie były warte zaoszczędzonych pieniędzy. Niestety lokalna fryzjerka nie sprawdziła się zarówno pod kątem podejścia do klienta, jak i trwałości fryzury. Jej zachowanie było najbardziej stresującym momentem tego dnia (co jest chore!). Na sprowadzenie mojej może i wydałabym tysiaka, ale przynajmniej byłabym pewna efektu końcowego.

Rada nr. 2: Wyraźny podział obowiązków podczas przygotowań ślubnych. 

 

Punkt obowiązkowy, punkt niezwykle ważny o którym dużo się nie mówi. Punkt, który może uratować Was przed ogromnych tornadem w postaci kłótni pt.„Bo Ty nic nie robisz, a ja o wszystkim muszę myśleć sama!”Chciałabym, żeby ktoś przed ślubem powiedział mi, żebyśmy zaczęli od wyraźnego podziału obowiązków spisanego na papierze (ewentualnie w elektronicznej tabelce). Uwierz mi – nieważne jak wielkim dżentelmenem jest Twój facet i jak bardzo jest zaangażowany w Wasz związek (a mogę z pełną świadomością powiedzieć, że Adrian jest bardzo) to i tak będziesz na niego wkurwiona, bo robi za mało. Faceci po prostu nie dostają takiego pierdolca jak my. Oni zawsze mają na wszystko czas. My natomiast już od pierwszego dnia wpadamy w szał, chcąc zrobić wszystko tu i teraz. Dlatego wyraźny – podkreślam – wyraźny, spisany podział – jego zmotywuje do działania, a Ciebie trochę ostudzi. Każdy będzie odpowiedzialny za swoje rzeczy i dopiero, gdy on czegoś nie kupi/nie zrobi w terminie, masz podstawy do ujadania jadaczką niczym mały, wkurwiony Chihuahua.

Rada nr. 3: WSZYSTKO próbuj, testuj, sprawdzaj.

Masz być jak szalony naukowiec przed wypuszczeniem swojego pierwszego wynalazku w świat. Wszystko co się da – sprawdzaj. Parę przykładów na potwierdzenie tej teorii:

#1 Wybrałam suknię z najmniejszym kołem. Ogólnie nie lubię tych konstrukcji, ale wszyscy dookoła przekonywali mnie, że tak będzie lepiej. Ok, klamka zapadła, kieca kupiona, kasa oddana. Dzięki Bogu, halka z tym małym szatanem w postaci koła, była oddzielnie od sukni. Traf chciał, że w myśl rady nr. 3 postanowiłam przetestować to ustrojstwo na zajęciach tanecznych. Pierwsze 4 kroki układu, a mój obcas zahacza o koło sprawiając, że tracę równowagę. „To przez przypadek” myślę i tańczę dalej. Sytuacja powtarza się wielokrotnie, a ja mam ochotę wybiec z sali tanecznej, wrzeszcząc głośno „A NIE MÓWIŁAM???!!”. Do ślubu 3 tygodnie. Kasa już wpłacona. Jadę do domu, wyciągam to szatańskie koło z halki, zakładam kiecę. Nie jest źle, ale jest za długa bo koło nie podtrzymuje już całej konstrukcji. Kieca została skrócona, moje wesele uratowane. Nie chcę pomyśleć, co by było gdybym nie przetestowała tańca w halce.

#2 Oprawa muzyczna na wejście do kościoła jest przykładem usługodawcy, któremu zaufałam…i się zawiodłam! Zawsze tak jest, kiedy myślisz sobie – „aaa, nie będę wchodzić w szczegóły, zaufam im bo to profesjonaliści” – wiedz, że właśnie wtedy na bank coś się spieprzy. Wszystko trzeba obgadywać z najmniejszymi szczegółami. I o ile zrobiłam to z dj’em, z fotografami i kamerzystami o tyle nie miałam szans spotkać się z Panią odpowiedzialną za oprawę muzyczną. Do głowy by mi nie przyszło, żeby ustalić czas trwania piosenki na wejście. Dla mnie „na wejście” to na wejście. Skrzypaczka obserwuje mniej więcej ile trwa droga do ołtarza, gra max 2 minuty i zaczyna się msza. Yhym…tylko, że naszą poniosło i grała jakieś…10 minut! Doszliśmy do ołtarza w 1,5 minuty, aby następne 8,5 spędzić w stresie i obserwowaniu księdza, który za chwilę wyjdzie z siebie i osobiście przypieprzy jej mikrofonem. Uwierzcie mi, że przez sekundę przeszło mi przez myśl wrzaśnięcie na cały kościół „skończ już wreszcie!!”. Na szczęście nasz kochany ksiądz przerwał tą mękę, rekompensując wszystko wspaniałym kazaniem.

#3 Tematem, w którym byliśmy totalnie zieloni, było dostarczenie produktów do drink baru. Akurat tej opcji nie mieliśmy jak wcześniej przetestować (po za konsumpcją ;). Nie wiedzieliśmy zatem, że najbardziej popularnym drinkiem będzie osławione mohito. Drineczek nie wytrzymał presji ochotników i szybko skończyły się produkty na jego produkcję. Gdybyśmy jeszcze raz kupowali produkty do drink barów – do mohito kupilibyśmy większą liczbę składników.

Rada nr. 4: Jeżeli jesteście kreatywni – zróbcie to sami. 

Rada ta obowiązuje osoby z dużym poczuciem estetyki, które dobrze czują się w kreatywnych zajęciach. Jeżeli nie masz pojęcia o kolorystyce, a na myśl wyboru dodatków dekoracyjnych robi Ci się niedobrze – skorzystaj z usługi dekoratorki. Jeżeli natomiast dobrze czujesz się w tych tematach, rzuć rękawice i podejmij wyzwanie. Będzie kosztować Cię to mnóstwo pracy, a czasem i stresu, ale zapewniam Cię, że efekt końcowy i satysfakcja z dobrej roboty będzie nieporównywalna.

My postawiliśmy na własnoręczną dekorację sali i była to najlepsza z możliwych decyzji. Ja zajęłam się ogólną koncepcją, a Adrian pomógł mi wybierać dodatki w kryzysowych momentach (tak – były takie), plus razem ze świadkiem zajęli się typowo technicznymi rzeczami, takimi jak np. wieszanie ścianki za młodymi. Powiem nieskromnie – efekt finalny przerósł nasze oczekiwania i mogę śmiało powiedzieć, że nie mam przekonania czy dekoratorka zadziałaby tutaj o wiele więcej.

Rada nr. 5: Nie zapominaj o zdjęciach.

Ślub i wesele to dzień pełen emocji w których bardzo łatwo się zatracić. Gdy kurz już opadnie i wrócicie do rzeczywistości pozostanie oglądanie zdjęć i materiałów video. Ważne, aby wcześniej zaplanować z fotografami kilka ustawianych kadrów z najbliższymi osobami. Nam na szczęście udało się złapać ujęcia z dziadkami, rodzicami i świadkami, a i tak było to za mało! Fotografowie musieli nam na siłę przypominać, że czas tyka a my nie mamy jeszcze zdjęć np. ze świadkami. Tego dnia nie myśli się racjonalnie, więc warto przed ślubem powiedzieć osobom z którymi chcielibyście zdjęcia, żeby złapały fotografów i podeszły do Was w trakcie wesela. Jest o wiele większe prawdopodobieństwo, że oni tego lepiej przypilnują, niż Wy. To jest rada za którą całowałabym kogoś po stopach!

Rada nr. 6: Pij na własnym weselu. 

Oczywiście, z umiarem, bo nie ma nic gorszego niż ubzdryngolona Panna Młoda czy Pan Młody. Natomiast wychylenie paru głębszych kieliszków było zdecydowanie najlepszą decyzją jaką podjęliśmy. Boski napój pozwolił nam na rozluźnienie, lepszą zabawę i integrację z gośćmi. Generalnie nie zalecamy totalnej abstynencji i siedzenia jak na szpilkach do godziny 12:00 – no chyba, że ktoś lubi ekstremalne sporty. To jest Wasze wesele, bawcie się więc ile sił wlezie. Dobra rada – miejcie w zapasie butelkę wódki w której jest woda. Od czasu do czasu drobne kłamstewko jeszcze nikomu nie zaszkodziło ; – )

Rada nr. 7: Oczepiny skróć do minimum, a w zamian za to przyprowadź akordeon!

Kolejna dobra decyzja! Podczas naszych oczepin były dosłownie trzy zabawy – rzucanie bukietem/muszką, konkurs par, które w trakcie tańca musiały pokazywać różnego rodzaju dyscypliny sportowe oraz standardowy taniec dziewczyn wokół krzesełek. Nic się nie dłużyło, nie było przykrych sytuacji i wszystko poszło sprawnie. W zamian za skrócone oczepiny, o 22:30 po torcie zaprosiliśmy na salę Pana z akordeonem, który był strzałem w dziesiątkę! Jeżeli zdecydowaliście się na DJ’a, zróbcie ukłon w stronę starszego pokolenia i poproście o parę przyśpiewek w stylu „szła dzieweczka do laseczka”. Gwarantujemy, że wszyscy goście podniosą się z krzeseł siarczyście wymachując kieliszeczkiem z wódeczką niczym szabelką na polu bitwy. Jeżeli macie chwilę czasu przed weselem, wytężcie umysły i ułóżcie parę własnych zwrotek do melodii „oj dana oj dana”. Nasza piosnka zrobiła furorę:

  1. Adrian to był chłopiec, troszeczkę wybredny,
    i w swoich uczuciach, niezwykle oszczędny,
    REF: Oj dana oj dana oj dana oj dana
    i w swoich uczuciach niezwykle oszczędny
  2. A Kamila za to, dziewczę grzechu warte,
    i w swoich uczuciach, niezwykle otwarte.
    REF: ….
  3. Przyjechała ona, na piękne Podlasie,
    i zakochała się, w cudownym chłoptasie.
    REF: ….
  4. On miał plany wielkie i bilet za morze,
    lecz szybko zrozumiał – bez niej żyć nie może.
    REF: ….
  5. Od dzisiaj Kamila, jest już Czyżykowa,
    A na stołach gości, wódka Wyborowa.
    REF: ….
  6. Dwóch wspaniałych Świadków, ma nasze wesele,
    i gwarantujemy, że to nie są geje.
    REF: ….
  7. Maciej to przyjaciel, ze szkolnej ławeczki,
    Miłośnik jedzonka, kompan do wódeczki.
    REF: ….
  8. Pepe nasz przyjaciel, serducho ma dobre.
    Lubi jeździć Saabem i zegarki modne.
    REF: ….
  9. Marzenka i Marek, to Adka teściowie,
    Kto tego nie wiedział, to się teraz dowie.
    REF: ….
  10. A teściowie Kamy, to Boguś i Jadzia,
    Przez chwilę tu była, Adka babcia Władzia.
    REF: ….
  11. Dziękujemy gościom, za to że są z nami,
    I dajemy słowo – wypijemy z Wami.

Rada nr. 8: Zapisz się na tańce minimum 4 miesiące wcześniej. Tak, potrzebujesz tego. 

Dla nas był to idealny czas, żeby wypracować układ trwający 4 minuty bez skomplikowanych podnoszeń. 4 miesiące pozwolą Wam na ułożenie choreografii z instruktorką, przyzwyczajenie się do układu i zredukowanie pomyłki do minimum. Muszę znowu nieskromnie powiedzieć, że nie żałuję żadnej wydanej złotówki na nasze lekcje tańca. Filmik z pierwszego tańca oglądałam już jakieś tysiąc razy i za każdym razem jestem tak samo zachwycona. Nie ma opcji, żebyśmy sami osiągnęli ten efekt.

Rada nr. 9 Staraj się nie poddawać presji. Wesele to nie ostatni „najpiękniejszy” dzień w Twoim życiu. 

Chciałabym, żeby tą radę powtarzał mi każdy, każdego dnia poprzedzającego „Wielki Dzień”. Powszechnie przyjęło się, że ślub i wesele to najpiękniejszy dzień w Twoim życiu, Ty powinnaś wyglądać najpiękniej, Twoja sala, Twoi goście i Twoje dodatki. Na młodych wywiera się ogromną presję – czy będą mieli najlepszy samochód? Czy on będzie miał drogi garnitur? Czy ona schudła do sukni? Czy sala jest ładnie przyozdobiona? To wszystko sprawia, że tworzą się ogromne oczekiwania co do tego dnia, a każda najmniejsza przeszkoda urasta do rangi problemu. Koniec z tym. Powiedzmy to głośno raz jeszcze – TO NIE JEST NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ W TWOIM ŻYCIU. Jest jednym z piękniejszych, ale nie NAJ. Zdejmij ten ciężar, poczuj, że to po prostu ogromnie fajna impreza na Waszą cześć. Że spędzisz ją ze swoimi najbliższymi i zupełnie nieistotne jest czy serwetka będzie stała prosto czy krzywo.

Rada nr. 10: Wesele jest na Waszą cześć, ale dla Waszych gości. 

Rada, która powinna być tatuowana na czole każdej Panny Młodej, bo niektóre z nich ewidentnie o tym zapominają. Niektórzy uważają, że wesele jest dla młodych – ja się z tym nie zgodzę. Gdyby coś było tylko i wyłącznie dla nas, na sali byłyby dokładnie dwie osoby – Ja i Adrian. Randka owszem, może być dla nas, ale wesele jest organizowane dla naszych gości i od początku planowaliśmy je całkowicie pod nich. Myśląc o oczepinach nie chcieliśmy, żeby czuli się niekomfortowo, zamawiając wódeczkę wzięliśmy dużo za dużo, bo baliśmy się, że jej zabraknie, załatwiliśmy transport, a dla tych, którzy mieli daleko – noclegi, pomyśleliśmy o naszych dziadkach i starszym pokoleniu zamawiając akordeonistę, a dla każdego z gości postawiliśmy malutki upominek w postaci smakowej flaszeczki. Chcieliśmy, aby czuli się jak u siebie i cieszyli się razem z nami.

Bo czyż nie oto właśnie chodzi w weselu?

_______

Wszystkie zdjęcia użyte w tym poście są autorstwa przecudownej pary fotografów „Piech-Dubis”, których gorąco polecamy (www.piech-dubis.com). 

One thought on “Rady, które chciałabym otrzymać przed ślubem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *