5 powodów dla których warto obejrzeć Wikingów

Do zeszłego miesiąca moja wiedza na temat skandynawskich wojowników zaczynała i kończyła się na obrazie potężnego, brodatego mężczyzny odzianego w metalowy hełm z ostrymi rogami. Nic więcej nie wiedziałam na temat tych VIII – wiecznych rozbójników, a co ciekawe i ta wiedza okazała się błędna! Wikingowie nie nosili bowiem hełmów, a już na pewno nie z rogami na czubku. Ich ulubioną bronią były ostre topory, a łodziami drakkary, które doprowadziły do eksploracji nieznanych dotąd lądów.  W tym punkcie zaczyna się również historia Ragnara Lothbroka, który jako pierwszy posługując się nowym urządzeniem do nawigacji morskiej, postawił stopę na brzegu ówczesnej Anglii, rozpoczynając nowy etap w historii Wikingów.

Choć „Wikingowie” z całą pewnością nie są serialem idealnym – zarówno pod kątem historycznym jak i wizerunkowym (full make up u płci pięknej i jarzące się niebieskością soczewki głównego bohatera w pierwszym sezonie), to mimo wszystko oddaliśmy się w pełni temu niezwykłemu seansowi, bez problemowo dopływając do sezonu 4. Po tylu godzinach spędzonych z bohaterami „Wikingów” możemy śmiało polecić ten serial każdemu, komu nie straszny rozlew krwi i brutalne sceny.

Dlaczego więc warto przysiąść do serialu i przenieść się do VIII wiecznych, niespokojnych czasów?

Po 1. Ragnar Lothbrok

Bezkonkurencyjny, genialny, jedyny w swoim rodzaju. Oglądając Travisa Fimmela w roli Ragnara, miałam nieodzowne skojarzenie do Johnny’ego Deppa w roli Jacka Sparrowa. Stary, dobry Jack był postacią w 100% wykreowaną przez Johnny’ ego – każdy gest, sposób mówienia czy też chodzenia był przypisany do głównego bohatera. Wcielenie się w postać było tak autentyczne, że w pewnym momencie w oczach publiki Jack Sparrow zaczął być odrębną postacią, nie do końca przypisaną do aktora. Moim osobistym zdaniem, Travis zrobił dokładnie to samo przy tworzeniu postaci Ragnara Lothbroka, bezkonkurencyjnie zgarniając całą atencję publiki na swoją osobę.

A atencja jak najbardziej mu się należy – szczególnie ze strony płci pięknej. Tak, moje drogie – jeżeli jeszcze zastanawiacie się nad tym czy warto oglądać ten serial, kręcąc pod swoim pięknym noskiem, że „za brutalny, za dużo krwi i nieromantyczny”, zaprawdę powiadam Wam warto. Postać Ragnara to słodko-gorzkie ucieleśnienie męskości i najlepsze oraz jedyne (słuszne) wydanie współczesnego, przysłowiowego Greya. Zamiast zniewieściałego, rozpieszczonego bogacza, mamy władczego, mądrego, brutalnego, ale kiedy trzeba i czułego przystojniaka o szorstkim charakterze i trochę chłopięcym uroku. Czegóż chcieć więcej?

Po 2. Sceny walki

Sceny walki w „Wikingach” to drugie po Ragnaru arcydzieło, które stworzył Michael Hirst. Genialnie nakręcone, z odpowiednią dynamiką i akompaniamentem muzycznym, wielokrotnie sprawiały, że zatrzymywałam na chwilę oddech, wczuwając się w rozlew krwi przed moimi oczami. W pewnym momencie zorientowałam się, że to właśnie bitwy pomiędzy poganami a chrześcijanami nadają największego tempa całej fabule serialu. Gdy brakowało ich w dwóch – trzech odcinkach, nie mogliśmy z Adrianem doczekać się kolejnego starcia, które swoją dopracowaną formą przywodziło na myśl taneczny performance. Co ciekawe, skojarzenie ze sztuką nie jest tak odległe jak mogłoby się wydawać, biorąc pod uwagę fakt, że aktorzy spędzali długie godziny na planie filmowym, ucząc się najdrobniejszych ruchów z walecznej choreografii.

Całości dopełnia postać Lagarthy, pod którą kryje się piękna aktorka Katheryn Winnick, która już w wieku 6 lat rozpoczęła swoją przygodę ze sztukami walki. Jako weteranka taekwondo idealnie wpisała się w rolę pogańskiej wojowniczki, nie okłamując widza swoją ponadprzeciętną sprawnością fizyczną.

Po 3. Muzyka

„Piraci z Karaibów”, oprócz genialnej postaci Jacka Sparrowa, posiadają w zanadrzu także drugą perełkę: muzykę Hansa Zimmera. Niech pierwszy rzuci kamienieniem, ten, kto nie kojarzy legendarnej czołówki rozbrzmiewającej w naszych uszach dokładnie od roku 2003. Gwarantuję, że każdy – bez wyjątku – usłyszał ją choć jeden raz w życiu i automatycznie wiedział z jakiego filmu pochodzi. I choć soundtrack Wikingów nie ma szans na tak wielką sławę, mogę śmiało stwierdzić, że jest jego godnym rywalem. Trevor Morris (Dynastia Tudorów, Rodzina Borgiów) stworzył bowiem utwory, które już od pierwszych taktów przenoszą nas w niebezpieczne czasy VIII wiecznych wojowników. Muzyka przepełniona energią, mistycyzmem, dźwiękiem bębnów, testosteronem i skandynawskim chłodem.

Poniżej mała próbka możliwości z naszego rodzimego kraju, a dokładnie 8 edycji Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Sinfonietta Cravovia, Chór Polskiego Radia + Trevor Morris jako dyrygent. To po prostu trzeba zobaczyć.

Po 4. Konflikt na tle religijnym 

Wtargnięcie Wikingów na ziemie angielskie zapoczątkowało nieodwracalne zmiany w życiu wojowników. Chcąc nie chcąc, oprócz brutalnych napaści i grabieży, co mądrzejsi zaczęli obserwować poczynania chrześcijańskiej społeczności. Kierując się zupełnie odmiennym systemem wartości, nie rozumieli czemu bogactwa w kościołach nie są pilnie strzeżone, mnisi nie potrafią walczyć w boju, a ich „Bóg” nie jest przedstawiony jako groźny wojownik. W serialu, symbolicznym i niezwykle ciekawym momentem starcia pogaństwa z chrześcijaństwem jest wzięcie przez Ragnara do niewoli angielskiego mnicha. Od tego momentu widz staje się świadkiem przenikania zwyczajów i obrzędów chrześcijańskich z pogańskimi. W tym niezwykłym starciu mamy okazję porównać, jak bardzo obydwa wierzenia są od siebie różne – a zarazem – bardzo zbliżone. Widać to szczególnie w rozmowach pomiędzy Ragnarem a Athelstanem, kiedy to mnich próbuje wytłumaczyć wikingowi kim jest Bóg i jakie posiada moce. Co ciekawe, Ragnar nie widzi różnicy pomiędzy Bogiem mnicha, a swoim – Odynem. Przecież żaden z nich nie stanął twarzą w twarz z człowiekiem, a ich moce nie są fizycznie namacalne. Dlaczego zatem któryś z nich ma stać wyżej w hierarchii?

Reżyser ukazując drobne, duchowe objawienia, zarówno po stronie pogańskiej, jak i chrześcijańskiej także nie ułatwia odpowiedzi na to pytanie. Taki zabieg wprowadza u widza wewnętrzny konflikt, który nie ma jednoznacznego rozwiązania. Żadne z wierzeń nie jest bowiem przedstawione wyżej nad drugim, a ostateczną decyzję i ocenę, Michael Hirst pozostawia końcowemu odbiorcy.

Po 5. Brutalność

Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek jako powód przekonujący do oglądania danej produkcji podam punkt pt. „brutalność”.  W przypadku Wikingów po prostu nie mogło go zabraknąć. Choć nie jestem psychopatką i czasem ciężko było mi patrzeć w kierunku ekranu monitora, nie docenienie kunsztu charakteryzacji, gry aktorskiej i sposobów wymierzania kary przez skandynawskich wojowników byłoby istnym nietaktem. Przez cztery obejrzane dotąd sezony, popłynęły hektolitry krwi, poległo tysiące wojowników i zostało odprawionych kilka brutalnych rytuałów, a jednak wciąż jako widz nie mam dość. Zemsta w przypadku Wikingów – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – jest swoistym przedstawieniem, które, choć brutalne, ogląda się z ogromną ciekawością. Wojny, wymierzanie kar i udowadnianie swojej męskości było nieodłącznym elementem życia XVIII wiecznych wojowników i Michael Hirst ukazał to w najlepszy, możliwy sposób.

Pozostałe z serii:

Black Mirror

Stranger Things

Pitbull

The Affair

Breaking Bad

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *