Potomek nie jest oczywistością.

Oho…mogę przysiąc, że słyszę bicie serca, które właśnie przyspieszyło do 150 uderzeń na minutę. Jestem wręcz pewna, że nasze mamy dokładnie w tym momencie powoli podnoszą głowy znad ekranów komputerów i przełykając głośno ślinę, krzyczą: ALE JAK TO?!!!

Przez kolejne 15 minut, wyrywając sobie włosy z głowy, chodzą nerwowo po pokoju i oskarżycielskim palcem skierowanym w bogu ducha winnych mężów, stwierdzają „Nie tak ich wychowaliśmy!”. Następnie popijając meliskę, starają się dobrnąć do końca tego posta, w nadziei, że dalej może być tylko lepiej.

Zegar biologiczny vs. zegar samorealizacji

Nie od dziś wiadomo, że nasze życie składa się z życiowych check pointów, które według ogólnie przyjętych standardów należy – kolokwialnie rzecz ujmując – „zaliczyć”. Pierwszy krzyk, pierwsza kupa, pierwszy ząb. Przedszkole – szkoła – studia – praca. Pierwszy seks. Pierwsza randka (ups powinno być na odwrót). Pierwsza kłótnia. Zaręczyny. Ślub. Mieszkanie. Dziecko. Emerytura. Śmierć. I nagle gdy ktoś ni stąd ni zowąd postanowi wypaść z obiegu, staje się jednym słowem podejrzany. Długo nie zaliczyłeś pierwszej randki? <sniff sniff> Wyczuwam, że jesteś gejem. Nie poszedłeś na studia? Oho! Jesteś nieukiem. Jesteś po ślubie i patrzysz z niechęcią na posiadanie dziecka? Tutaj mamy tylko dwie opcje do wyboru:

a) jesteś pieprzonym egoistą, który doprowadzi do zaniku ludzkości

b) jesteś bezpłodny.

Czasem mam wrażanie, że jedynym oczywistym punktem do którego nie można się przypieprzyć jest ostatni check point. Kiedy człowiek go realizuje (albo raczej los realizuje go za niego) wydaje się być wtedy zdecydowanie najmniej podejrzany. Reszta jest albo czarna albo biała – w zestawie po prostu zapomnieli dołożyć pozostałych kredek. Dzisiejszy post jest o tym, że nie wszystko wygląda jak filmy z lat 40-stych, a życie ma własne kolory i po prostu warto o nich mówić.

Zaliczając check point pt. „Ślub” dobrze wiedzieliśmy co kryje się za rogiem. Nasi znajomi również, ponieważ wszyscy – bez wyjątku – podczas składania życzeń bożonarodzeniowych i sylwestrowych, życzyli nam potomka.

To był pierwszy raz kiedy poczułam się staro.

Naprawdę.

Dotarło do mnie, że to dzieje się naprawdę, zegar biologiczny tyka, a ja już nigdy nie dostanę życzeń pt: „Niech Tomek z 5 klasy pocałuje Cię w Walentynki”. To wszystko sprawiło, że zaczęliśmy rozmawiać z Adrianem o posiadaniu dzieci.

Jesteśmy egoistami

To był pierwszy wniosek, który wyciągnęliśmy z tej rozmowy. Jakkolwiek żałośnie by to nie zabrzmiało, w kontekście posiadania dzieci na ten moment nasz egoizm przyćmiewa chęć rozgałęziania drzewa genealogicznego. Dlaczego? Już tłumaczę:

Po 1. Obydwoje mamy dobre prace w których się realizujemy. Z początkiem nowego roku otrzymałam awans, który otworzył mi drzwi do ciągłego rozwoju i zbudowania  solidnej pozycji na rynku pracownika. Lubię to co robię i uwielbiam kiedy mój mózg pracuje na tysięcznych obrotach. Spotkania z klientami, rozwiązywanie trudnych sytuacji, praca przy wydawaniu czasopisma, konferencje – to wszystko sprawa, że żyję. Lubię jak coś się dzieje i lubię satysfakcje z wykonywanej pracy. BARDZO ciężko jest mi wyobrazić sobie sytuację, gdy zamieniam to wszystko na zastanawianie się nad jakością pampersów, niewyspanie, rozmawianie o kupie i czekanie na męża aż ten wróci do domu. To po prostu nie jestem ja i choć możecie nazwać mnie tchórzem – boję się, że popadnę w głęboką depresję, gdy mój mózg przestanie działać tak jak powinien.

Po 2. Czas wolny. Nie dalej jak przedwczoraj byliśmy u znajomych, którzy posiadają roczną córeczkę. Dziecko jest wspaniałe i za każdym razem, gdy uśmiechało się w moją stronę, rozpływałam się w komplementach pt. „Jakie cudowne i grzeczne dziecko!”. I podczas gdy ja tak mocno słodziłam małej,  rodzice niczym zdarta płyta powtarzali: Tak, jest cudowna…ALE –

a) to nie jest takie fajne jak Ci się wydaje

b) ona jest taka grzeczna tylko i wyłącznie przy gościach

c) pamiętaj, że posiadanie dziecka to orka w polu

Pragnę podkreślić, że to nie są to pierwsi wykończeni rodzice, których spotkałam w życiu. I gdy masz perspektywę, że zamykając za sobą drzwi zostawiasz ich z tym wszystkim, a sam wracasz do domu, żeby oglądać Netflixa i kochać się do późnych godzin nocnych – damn – nie stoisz przed zbyt trudnym wyborem.

Po 3. Od dziecka nie masz urlopu. Decydując się na tak poważny życiowy krok, zatrudniasz się u pracodawcy na pełen 24 – godzinny etat, bez możliwości miesięcznego wypowiedzenia, a umowa jest podpisywana na całe życie. Żadnych L4, urlopów i nie pojawiania się w pracy. Po prostu musisz być tu i teraz. Na drugi plan schodzą Twoje potrzeby, hobby, wyjścia na piwo. Jednym słowem całkowicie poświęcasz się dla drugiego człowieka.

Po 4. Twój mir domowy, a konkretniej pożycie małżeńskie może zostać delikatnie mówiąc – zachwiane. Moim zdaniem decyzja o posiadaniu potomstwa jest jednocześnie ogromnych sprawdzianem dla małżeństwa. Nie mówi się o tym głośno, ale jakby nie patrzeć w Wasze życie nagle wchodzi trzecia osoba. Do tej pory wszystko robiliście razem, gdy nagle ni stąd ni zowąd pojawia się trzeci osobnik, który – mało tego – że po prostu jest, to przyciąga 90% atencji Twojej drugiej połówki. Bardzo łatwo można się w tym wszystkim pogubić, prawda? I niestety większość osób to robi, doprowadzając do rozpadu małżeństwa. Kobiety bardzo często spychają mężów na drugi plan zapominając o ich potrzebach i uczuciach. A wszyscy dobrze wiemy jakie mogą być tego konsekwencje.

Solidne cztery argumenty na „nie” versus uśmiech Twojego własnego dziecka.

Trudny wybór, który przyszedł wraz z postępem czasu, a który –  mam wrażenie – nie występował jeszcze 30-40 lat temu. Dla naszych dziadków czy rodziców posiadanie dziecka było czystą oczywistością. Kolejnym check pointem, który nie wymaga zastanowienia się i dylematów pt. „nie będę miał wolnego czasu”. Oni nie myśleli o sobie, nie byli egoistami. Po prostu działali.

Jest nadzieja 

Czasy jednak diametralnie uległy zmianie i teraźniejszość w której żyjemy ma się nijak do lat 70 czy 80. Młodzi ludzie coraz później decydują się na potomstwo, a świadoma decyzja o posiadania dziecka jest jeszcze trudniejsza. Kiedy przestajemy myśleć o egoistycznych argumentach przeciwko, pojawiają się te wynikające z troski. Smog, ataki terrorystyczne czy technologia negatywnie wpływająca na nasze życie także nie ułatwiają tej decyzji. Czy aby na pewno chcemy, żeby nasze dziecko żyło w takich warunkach? Jak duże szanse są na to, że nie zniszczy je otaczające środowisko?

Całkiem niedawno usłyszałam od znajomego, że w klasie do której uczęszczała jego córka, 11 latek rozpowszechniał gejowskie porno. Wyobraź sobie, że wychowujesz swoją malutką, drobniutką latorośl. Twoją księżniczkę z porcelanową cerą i niewinnymi oczkami, której pierwsze zderzenie z aktem miłosnym będzie obraz ostrego, gejowskie porno. Jak bardzo wpłynie to na jej psychikę i przyszłość? Nawet nie chcę o tym myśleć.

Jak widzimy argumentów na „nie” moglibyśmy wymieniać jeszcze przez kolejną godzinę, lecz to w żadnym stopniu nie oznacza, że nie chcemy być rodzicami. To oznacza tylko i wyłącznie jedno – chcemy być ś-w-i-a-d-o-m-y-m-i rodzicami. A to robi różnicę. Chcemy przemyśleć wszystkie za i przeciw, chcemy być świadomi tego, że dziecko to nie tylko pierdy pachnące kwiatkami, kupa radości i szczęścia, ale też mnóstwo wyzwań – nie tylko tych związanych z samym potomkiem – ale też z naszą relacją. Nie chcę jej zepsuć z powodu narodzin dziecka. Dużo osób o tym nie mówi i stąd też dzisiejszy post. Warto sobie uświadomić, że są małżeństwa, które odwlekają czas decyzji nie dlatego, że są niepłodne, ale po prostu, nie są na to gotowe. A niektóre z nich nigdy nie będą. Ich decyzja. Czy to znaczy, że są wybrakowani, gorsi, podejrzani? Spokojnie, ludzkość na pewno przetrwa i bez tego jednego, nienarodzonego człowieka.

Nie chciałabym jednak pozostawić tego posta z negatywnym wydźwiękiem, gdyż rodzicielstwo nie posiada tylko i wyłącznie destrukcyjnych skutków, a wręcz przeciwnie – domyślam się, że niesie za sobą mnóstwo szczęścia, cudownych chwil i radości. Moim osobistym, pozytywnym przykładem jest koleżanka z pracy, która dokładnie 8 miesięcy temu zaszła w ciążę. Patrycja jest wulkanem energii i jedną z najbardziej aktywnych prywatnie oraz zawodowo osób jakie znam. Możliwość obserwowania przebiegu jej „stanu błogosławionego” daje mi nadzieję na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Jak na razie nie robi z siebie inwalidki, cały czas jest wulkanem energii, pracuje i ma się dobrze. Mówi na głos o swoich obawach i tego czy podoła siedzeniu w domu. Jest ludzką, fajną i nieodrealnioną kobietą pt. „Jestem matką, mogę wszystko”.

Najbardziej jednak lubię ten moment, kiedy bierze moją rękę i  przykłada do miejsca w którym aktualnie znajduje się jej maluch. A ja?

A ja – biorę głęboki oddech i wiem, że kiedyś chcę być mamą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *