5 powodów dla których warto obejrzeć Przyjaciół (od deski do deski)

Jest dokładnie 17:38. Siedzę na kanapie naszego wynajmowanego M3, w przejedzony, popołudniowy poniedziałek wielkanocny. Słońce przyjemnie grzeje, a ja nie mogę się doczekać wiosny. Zima jak zwykle upłynęła pod znakiem długich, leniwych wieczorów spędzonych z Netflixem i… Przyjaciółmi! Tak jest, 10 sezonów pochłoniętych niczym własnoręcznie pieczony boczek, który w połączeniu z babciną ćwikłą jest poezją dla naszego podniebienia.

„Przyjaciele” natomiast – bez wątpienia – stali się poezją dla naszych oczu i uszu. Przed przystąpieniem do solidnego maratonu z serialem, nie znałam zbyt dobrze ani fabuły ani pojedynczych bohaterów. Od czasu do czasu będąc u rodziców czy teściów, podczas przeskakiwania pomiędzy kanałami w TV, zatrzymywałam się na losowych odcinkach, które zawsze doprowadzały mnie do niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Jednak pomimo pozytywnych emocji wywoływanych dowcipami Chandlera, nigdy nie przyszło mi do głowy aby obejrzeć serial od deski do deski.  „Ot kolejny, głupiutki, amerykański sitcom” – myślałam i brnęłam dalej przez życie, w tej bezczelnej nieświadomości. Na szczęście moja druga połowa, wykazując się większą inteligencją namówiła mnie na wspólne oglądanie pierwszego sezonu i … całkowicie przepadłam na kolejne 5170 minut.

Jeżeli tak jak ja, żyjesz w grzechu i nie znasz pełnej fabuły Przyjaciół, pozwól, że przytoczę Ci 5 powodów dla których warto oddać kawałek swojego cennego życia i zasiąść wygodnie przed ekranem Netflixa.

Po 1: Bezpośrednie żarty i genialne poczucie humoru.

Czasy kiedy możemy na głos śmiać się z tematyki LGBT, feministek, puszczalskich kobiet, czarnoskórych czy otyłych minęły bezpowrotnie. Dzisiaj z takich tematów żartujemy po cichu, na uszko, w alkowie czterech ścian, modląc się aby podsłuch w smartphonie nie wyłapał naszej niesubordynacji. Ze świeżym (o dziwo!) powiewem przychodzą „Przyjaciele”. Serial, który niesie za sobą cudowną bezpośredniość lat 90. W tamtych czasach ludzie mieli do siebie tzw. DYSTANS, który aktualnie wydaje się być wyginionym gatunkiem. Przez całe 10 sezonów przetacza się tyle żartów dotyczących lesbijek, gejów, transwestytów, surogatek czy problemów z monogamicznością, że dzisiejsi zatwardziali ultratolerancyjni przedstawiciele współczesnej cywilizacji, przewracają się w swoich jeszcze nieistniejących grobach. Co więcej, Friendsi w żaden sposób nie obrażają wyżej wymienionych społeczności, a w cudowny sposób obracają w żarty tzw. trudniejsze tematy.

Zważywszy na to, że serial powstał 20 lat temu, można śmiało przyczepić mu order ponadczasowości.

Po 2: Życiowe mądrości

To co było dla mnie największym zaskoczeniem w przygodzie z „Przyjaciółmi” była…życiowa mądrość. Tak, dobrze czytacie – życiowa mądrość. Serial nie jest bowiem tylko „kolejnym, głupiutkim, amerykańskim sitcomem”, jak mi się niegdyś wydawało. Już po paru odcinkach orientujemy się, że rozbawienie publiczności nie jest głównym założeniem producentów. Friendsi to przekrój życiowych sytuacji z którymi każdy z nas boryka się na co dzień. Problemy w związkach, kłótnie z rodziną, kłamstwo, wychowanie dzieci, zdrada czy poróżnienia przyjacielskie towarzyszą każdemu z głównych bohaterów. Jako widz możemy obserwować, jak dana postać radzi sobie z napotkaną trudnością i czy wybrana przez niego droga okazuje się tą właściwą. Niekiedy też sami bohaterowie, udzielając sobie wzajemnie rad, nakierowują drugiego przyjaciela na właściwą, życiową ścieżkę. Z punktu psychologicznego, seans z „Przyjaciółmi” jest wspaniałym początkiem do wywołania dyskusji po za ekranem telewizora. A takie mądre produkcje kochamy najbardziej!

Po 3: Profesjonalizm w każdym kadrze!

Całkiem niedawno, przeglądając youtube przypadkowo trafiłam na filmik pt. „Friends – The One that Goes Behind the Scenes”. Jeżeli jesteś dużym fanem serialu i nie szkoda Ci 42 minut na obejrzenie tego materiału – gorąco polecam. Ukazuje on pracę i zaangażowanie ludzi tworzących każdy z odcinków „Przyjaciół”. Nie miałam bladego pojęcia ile etapów musi zostać zrealizowanych, aby powstał 20 minutowy epizod serialu! Wśród członków ekipy znajduje się nawet specjalnie dedykowana osoba zajmująca się tylko i wyłącznie rekwizytami, które znajdują się w rękach aktorów. Wszystko to co, Phoebe, Joe, Rachel, Monica, Ross i Chandler dotykają, przenoszą bądź używają, zostało zaprojektowane przez niejaką Marjorie Coster-Praytor. Jeżeli pamiętacie odcinek z domkiem dla lalek Monici i Phoebe dobrze wiecie, że kobieta wykonuje swoją pracę po mistrzowsku!

Niemałym zaskoczeniem był także proces powstawania serialowych żartów. Na filmie widzimy kilkanaście (!) osób, które jednocześnie zastanawiają się nad dalszymi losami naszych ulubionych bohaterów. „Każdy z nas może mieć gorszy dzień i nie mieć humoru na żartowanie, dlatego też pracujemy w tyle osób nad scenariuszem – nie ma opcji, aby wszyscy jednocześnie byli w gorszej formie” – wyjaśnia Adam Chase, główny scenarzysta serialu w sezonach 1-6. Jednak wymyślanie żartów „na sucho” przy konferencyjnym stole to jedno, a włożenie ich w usta aktorów i obserwowanie reakcji publiczności to drugie. Producenci serialu wiedzieli o tym, jak nikt inny, decydując się na udział widowni przy nagrywaniu każdego z odcinków. Takie rozwiązanie umożliwiło im na bieżąco obserwowanie publiczności, która – nie ukrywajmy – jest najlepszym testerem. Jeżeli żart nie został załapany, przerywali nagrywanie, na szybko zmieniając linijkę scenariusza. Niejednokrotnie do tych poprawek został zapraszany serialowy Chandler, który podrzucał własne pomysły. Przy takim podejściu do sprawy, serial musiał stać się międzynarodowym hitem.

Po 4: Phoebe, Joe, Rachel, Monica, Ross i Chandler

Tak po prostu, zwyczajnie, każdy z nich jest powodem do obejrzenia serialu od deski do deski. Przez całe 10 sezonów zastanawiałam się, która z postaci jest mi najbliższa, którą lubię najbardziej. I wiecie co? Wybór jest niemożliwy. Każdy z nich jest na swój sposób niezwykle oryginalny, sympatyczny i charakterystyczny. Polubiłam ich do tego stopnia, że przy ostatnim odcinku serialu, na samą myśl, że nie będę mogła towarzyszyć tej wspaniałej szóstce przyjaciół w dalszych, życiowych losach, w oku zakręciła mi się łezka wzruszenia wielkości dużego ziarnka grochu. Bo któż z nas nie chciałby choć raz zasiąść na tej legendarnej kanapie w Central Perku?

Po 5: Wehikuł czasu

„Przyjaciele” to istny powrót do przeszłości – i to w dodatku tej niepodrabianej! Pierwszy, reżyserski klaps miał bowiem miejsce dokładnie w roku 1994, kiedy to ja zapewne robiłam do pampersa, ambitnie próbując sklecić pełne zdanie. Jest to zatem cudowna perełka ukazująca nam pełny wachlarz stylizacji z tamtych lat. Fryzury, ciuchy, dodatki – wszystko, na każdym kroku przypomina nam jak wiele lat minęło od wystartowania serialu. Co ciekawe, gdyby nie lata 90′ większość żartów czy też wątków fabularnych nie miałoby prawa zaistnieć! W pierwszych sezonach „Przyjaciół” ze świecą możemy szukać takich genialnych wynalazków jak telefon czy komputer. Friendsi muszą radzić sobie z trudami życia codziennego bez współczesnej technologii, co dodaje jeszcze większego smaku całej produkcji.

Interesujące jest to, że o ile możemy śmiać się do rozpuku z fryzur i kiczowatych ubrań lat 90′, o tyle wnętrze mieszkania Monici czy kawiarni Central Perk to istny, ponadczasowy, architektoniczny majstersztyk! Moją uwagę szczególnie zwróciły krzesła różnego rodzaju (tzw. każde z innej wsi) znajdujące się przy jednym stole. Nie da się ukryć, że osoby zajmujące się scenografią serialu wyprzedziły ten trend o jakieś…20 lat, gdyż mieszane krzesła są ostatnio wnętrzarskim hitem! (o np. tu o tym piszą: Porady Cztery Kąty).

Za takie zabiegi (i nie tylko!) zostałam wielką fanką „Przyjaciół”, znajdując dla nich wyjątkowe miejsce w jednym z zakamarków mojego serducha.

Pozostałe z serii:

Wikingowie

Black Mirror

Stranger Things

Pitbull

The Affair

Breaking Bad

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *