Budapeszt na grubo cz. 1

Wszędobylskie kiełbaski, ciężkie sosy, ociekający złotem Parlament oraz monumentalna architektura, sprawiły, że wróciliśmy do kraju zdecydowanie ciężsi o kilka dodatkowych kilogramów – nie tylko tych ulokowanych w biodrach, ale – przede wszystkim – tych, znajdujących się w bagażu życiowych wspomnień. A było ich całkiem sporo! Codziennie robiąc około 20 kilometrów po węgierskiej stolicy, nie mogliśmy napatrzeć się na otaczające nas starodawne kamienice, przepiękne świątynie czy cudnie rozświetlone nocą wybrzeże Budy. Co ciekawe, wszyscy znajomi przed wyjazdem, jak mantrę powtarzali nam: „Eee….3 dni? Kupa czasu na zobaczenie miasta!”. No nie wiem…albo jesteśmy jacyś ułomni w zwiedzaniu, albo coś zdecydowanie poszło nie tak, gdyż wracając do Warszawy otaczało nas poczucie zaledwie nadgryzienia kawałeczka tego wspaniałego tortu (kiełbaski?), jakim jest Budapeszt.

Bajkowy nocleg po węgiersku

Pierwszy zachwyt pojawił się po przekroczeniu progu starej, węgierskiej kamienicy w której znajdował się nasz…apartament! Nie wiem jak Adrian to robi, ale musi posiadać jakiś szósty zmysł do wyszukiwania noclegów jak z bajki. I w tym przypadku określenie „jak z bajki” jest totalnie na miejscu. BpR Liberty Square Apartments usytuowane w spokojnej dzielnicy, w pobliżu ambasad i Skweru Wolności, 2 minuty od Parlamentu (!) i jak się okazało zaledwie parę kroków od strefy Kibica (tak, tak – Mistrzostwa Świata) stały się idealnym noclegiem i bazą wypadową do zwiedzania Budapesztu.

Zresztą, zobaczcie sami:

Dodajmy do tego przemiłą właścicielkę, butelkę wina, która czekała na nas na powitanie oraz prze wygodne łóżko (a może raczej powinnam rzec łoże?), i właśnie przeżyliśmy swoją drugą podróż poślubną. 

Z lotu ptaka

Każdy wie jak wielkie znaczenie w naszym życiu ma perspektywa. Robiąc selfie’ka nigdy nie robisz zdjęć od dołu, co by nie wyglądać jak człowiek kciuk. Zawsze zgrabnie wyciągasz swoją łapkę ponad linię głowy, dobrze wiedząc, że drugi podbródek właśnie znika w niewyjaśnionych okolicznościach w kadrze zdjęcia. Dokładnie ten sam zabieg sprawdza się w przypadku miast – patrząc na nie z góry, nie widzisz wszystkich porozrzucanych śmieci, puszek po piwie, poprzyklejanych gum do żucia. Nie czujesz smrodku z pobliskiego kosza i nie słyszysz okropnego zgrzytu hamulców tramwaju. Tu na górze, wszystko jest piękne, niewinne, czyste i spokojne. Bez wątpienia jest coś magicznego w oglądaniu panoram miast i subiektywnie uważamy, że jest to obowiązkowy punkt zwiedzania.

Budapeszt pierwszy raz z „lotu ptaka” mieliśmy okazję podziwiać wspinając się na Górę Gellerta. Samo wejście na górę zajmuje maks 30 minut, więc nie jest w żaden sposób uciążliwie, a na prawdę warto! Na samym szczycie wzgórza można do woli wyginać się, niczym modelki Victoria Secrets, w godzinnej sesji zdjęciowej na tle panoramy, czy też zaznać upragnionego chłodu na kamiennych schodkach cytadeli.

Kolejnym punktem widokowym była antresola kopuły Bazyliki św. Stefana. 

Po pokonaniu 297 schodów naszym oczom ukazał się cudowny widok miasta przy promieniach delikatnie zachodzącego słońca. Co ciekawe Bazylika ma dokładnie taką samą wysokość jak budynek Parlamentu. Nie jest to w żaden sposób przypadkowe – takie zestawienie obydwu budowli miało w dosłowny sposób ukazywać równość władzy świeckiej i sakralnej w państwie. Bazylika została wniesiona w 1905 roku i budowaną ją aż przez 50 lat! Jest to także największy węgierski kościół, mieszczący jednocześnie aż 8500 wiernych. Wszystkie te elementy sprawiają, że zarówno widok z antresoli, jak i zwiedzanie bazyliki w środku, zapiera dech w piersiach.

Kiedy już napawacie się przepięknymi walorami sakralnymi, koniecznie zajrzyjcie do Gelarto Rosa Bistro – mini lodziarni, która znajduje się tuż przy Bazylice. Może i jedliście lepsze lody w swoim życiu, ale za to sposób ich podania nie ma sobie równych! Po złożeniu zamówienia, przemiła sprzedawczyni przebierając z prędkością światła łopatką pomiędzy wybranymi przez Ciebie smakami, w jakieś 4 minuty stworzy małe, lodowe dzieło w kształcie różyczki. Odbierając swoje zamówienie nie mogłam wyjść z podziwu, a w głowie brzęczało mi tylko jedno zdanie „DAMN kobieto! Że Tobie się chce…”

Coś na ząb, a raczej na kilka…zębów

Zostańmy na chwilkę przy temacie gastronomii, bo w przypadku Węgrzech,  na prawdę jest o czym mówić. Upodobania kulinarne budapeszteńczyków idealnie zgrywając się z naszymi podniebieniami, skierowały nas do restauracji Busó Bisztró, w której mieliśmy okazję spróbować wyśmienitej zupy gulaszowej, węgierskiego piwka oraz naleśników (a jakżeby inaczej) w gęstym sosie ala leczo. Wszystko było idealnie przyprawione, delikatnie pikantne, paprykowe i zachwycająco sycące. Warto wspomnieć, że knajpka znajduje się u podnóża wspomnianej wcześniej Bazyliki św. Stefana, co dodaje walorów architektonicznych konsumpcji wybranego posiłku. Chłodny wiaterek smyrał nas po twarzach, równie chłodne piwko utrzymywało idealną temperaturę ciała, a dobre jedzenie poprawiło humory na dalszą część dnia. Lepiej być nie mogło!

Jeżeli natomiast macie ochotę na coś mniej wykwintnego, tańszego i do bólu tradycyjnego koniecznie skosztujcie Langossa. Liczba kalorii w tym węgierskim fast foodzie zapewne przekracza wszelkie dopuszczalne normy, ale będąc w Budapeszcie po prostu nie można go nie spróbować. Kierując się internetowymi poleceniami trafiliśmy do malutkiej budki przyulicznej Retró Lángos Büfé, którą normalnie omijalibyśmy szerokim łukiem. Pokonaliśmy jednak swoje uprzedzenia i ufając pozostałym turystom zamówiliśmy tradycyjny placek z serem oraz kiełbaskami. Co tam, że nie było talerzyków a gołąb deptał nam po stopach – langoss był dobry, tak jak mówili w internetach!

Polacy mają swój Pałac Kultury, Paryżanie wieże Eiffle’a, Anglicy Big Bena, a Węgrzy Parlament, który jest punktem obowiązkowym każdej podróży do Budapesztu. I choć możecie oglądać go z każdej strony, rano, wieczór, we dnie i w nocy, nie zwalnia Was to z obowiązku zajrzenia do środka.

Budowa gmachu została ukończona w 1904 roku na cześć połączenia trzech miast: Budy, Óbudy i Pesztu, tworzących dzisiejszy Budapeszt. Do jego budowy zużyto 40 kilogramów złota, pół miliona kamieni szlachetnych i 40 milionów cegieł. Ociekający przepychem parlament do dnia dzisiejszego zapiera dech w piersiach – podczas spacerowania po jego wnętrzach podnieście wzrok do góry: wszystko to, co znajduje się ponad Waszymi głowami jest szczerym złotem. A nie mówiłam – Budapeszt na grubo!

Kontynuując zwiedzanie mamy możliwość zobaczenia dawnej Izby Wyższej (aktualnie pełniącej funkcję sali konferencyjnej), Holu Głównego z przepięknie rozłożonymi czerwonymi dywanami oraz wielką Salę Pod Kopułą parlamentu. W tej ostatniej będziemy mieli możliwość ujrzenia autentycznych symboli władzy królewskiej: berła, jabłka oraz korony św. Stefana, które cały czas znajdują się pod okiem czujnych strażników.

Co warto wiedzieć?
  • zwiedzanie Parlamentu trwa około 50 minut
  • możecie trafić na okres zamknięty dla zwiedzających – budynek nadal pełni funkcję państwową.
  • jeżeli chcecie zwiedzać z polskim przewodnikiem koniecznie rezerwujcie bilety dużo wcześniej przez internet. Nie wiedząc o tej zasadzie weszliśmy na stronę parlamentu dosłownie parę dni przed wyjazdem i ku naszemu zdziwieniu okazało się, że wszystkie bilety z polskim przewodnikiem są już wyprzedane. Co ciekawe dołączając się do rosyjskiej wycieczki mieliśmy okazję przełączyć się na kanał anglojęzycznej przewodniczki, której grupa zwiedzała równolegle z naszą.

A wieczorem…

…koniecznie Szimpla Kert!

Jest to jedno z najbardziej magicznych i surrealistycznych miejsc w jakich przyszło nam pić piwko. Szimplę odwiedziliśmy dwa razy: w południe tuż po przylocie do Budapesztu, oraz wieczorem na łyk węgierskiego piwka. Za każdym razem zrobiła na nas takie samo wrażenie – cudowny artystyczny chaos, eksplozja kolorów i niepoukładanego rozgardiaszu, który jakimś cudem tworzył jedną całość. Co ciekawe, jest to pierwszy bar otwarty w Budapeszcie, który został stworzony w naturalnym środowisku rozwalającej się kamienicy. („Szimpla Kert” to po węgiersku „zrujnowany bar”). Jego historia sięga dokładnie 2002 roku, a siłą napędową do powstania Szimply Kert było dostarczenie miejsca w którym lokalna społeczność mogłaby się integrować przy łyku dobrego piwka.  Obecnie za dnia pełni rolę atrakcji turystycznej, a w nocy przemienia się w jeden wielki parkiet z imprezą do białego rana. Na miejscu pomimo wielu ciemnych zakamarków możecie czuć się bezpieczni – co chwila pomiędzy gośćmi pojawiają się ochroniarze z prawdziwego zdarzenia.

Ciekawostka: Od czasu do czasu pomiędzy gośćmi pojawia się kelnerka, która sprzedaje w koszyczku świeżo obrane marchewki w formie przekąski do piwa. Takie zdrowe praktyki powinny zostać przeniesione na nas rodzimy rynek!

Na dziś to wszystko, ale przed nami jeszcze wiele do opowiedzenia – historia Węgrzech sięgająca czasów rzymskich, wybrzeże budy skrywające architektoniczne perełki, most łańcuchowy i najstarsze metro w kontynentalnej części Europy. Do usłyszenia niebawem!

 

One thought on “Budapeszt na grubo cz. 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *